Ten tekst powstał kiedyś, w czasie, kiedy nie byłam pewna, jaki jest bilans zysków i strat bycia w związku. I właściwie napisałam go do szuflady, choć na fali rozmów z bliskimi postanowiłam rzucić haczyk do wody i sprawdzić, ile samotnych rybek pływa w stawie… Choć nie spełniają życzeń, czasem są to złote rybki i złoci ludzie.

Czy warto być z kimś za wszelką cenę, mimo że czujesz, że Wasz czas minął, ale boisz się samotności i jesteś nieszczęśliwa/y? Obawiasz się podjęcia decyzji, brakuje Ci bodźca, energii, motywacji, żeby się rozstać? Chcesz uniknąć ostracyzmu… nawet towarzyskiego? W tym miejscu przypomina mi się filmowa Bridget Jones i kolacja w gronie przyjaciół, na którą jako jedyna przyszła samotnie. Pozostali goście byli sparowanymi małżonkami po trzydziestce. Zapytana o powód życia w pojedynkę stwierdziła, że to pewnie dlatego, że single mają… łuski pod ubraniem, i dopiero ten tekst zamyka wszystkim usta. (Czujecie analogię z rybką?)

Nie od dziś wiadomo, że mężczyźni pochodzą z Marsa, a kobiety z Wenus.

Życie pod jednym dachem z osobnikiem płci przeciwnej, który jest w dodatku Twoim partnerem życiowym, chłopakiem/dziewczyną, mężem/żoną i/lub kochankiem/ą, a jego nazwisko widnieje obok Twojego na liście lokatorów w klatce, stanowi zawsze pewne wyzwanie.

Kiedy już myślisz, że wszystko się układa, bo to wreszcie TEN/TA JEDYNY/A, nagle przychodzi moment, w którym stwierdzasz, że jednak budowanie relacji Cię przytłacza, ogranicza i w sumie najlepiej odnajdujesz się jako singiel. Nie masz siły prać jego skarpetek/jej staników, wkurza Cię jego/jej obgryzanie paznokci, zaczynasz zauważać, że on/ona ma cellulit, żółte zęby i chrapie, a do tego garbi się jak Quasimodo, tudzież ma wadę wzroku jak Anna Mucha (minus siedem) i w kinie zapomina soczewek, co oznacza, że jesteś zmuszony na głos czytać napisy na filmie, a w rezultacie współwidzowie rzucają w Ciebie przeżutym popcornem.

Po ewentualnym rozstaniu z tą odrażającą, charchającą, obmierzłą kreaturą masz kilka opcji.

Zostajesz sam, jego/jej rzeczy znikają z Twojego mieszkania i:

a) jesteś najszczęśliwszym singlem na świecie; chcesz, by ten stan trwał wiecznie i w ogóle nigdy więcej nieproszonych lokatorów w Twojej przestrzeni mieszkalnej.

b) stwierdzasz, że życie singla ssie, bo jednak tolerowałeś i czasem lubiłeś jego/jej blond grzywkę, sepleniące „es” i trochę krzywe nogi. Oraz fakt, że gotował/a Ci obiady w każdy weekend.

c) ogarniasz się i czekasz na nową miłość.

Amerykańscy naukowcy udowodnili, że człowiek to zwierzę stadne i najchętniej łączy się w pary, a długodystansowi single to odludki, desperaci i ogólnie pomyłki genetyczne. W tradycji chrześcijańskiej On, Ona i Dziecko to podstawowa komórka społeczna; Święta Rodzina, żadne tam paczłorki i tęczowe korelacje.*

Zaczęłam więc się zastanawiać. Czy zatem lepszym rozwiązaniem jest bycie samotnym, świadoma rezygnacja z tego wszystkiego, co możemy osiągnąć wspólnie, ale jednak pełna autonomia i niezależność; życie dla siebie samego? Czy jednak próba zbudowania wspólnego szczęścia i dzielenia życia z drugą osobą, kosztem wielu jednostkowych decyzji? Czy warto poświęcać siebie dla kogoś za wszelką cenę?

Nie ma nic za darmo. Zabrzmi to jak truizm, ale życie to sztuka kompromisów. Stawienie światu czoła w pojedynkę to także trudna decyzja. Znam osoby, które decydują się na życie w samotności w obawie przed zranieniem i kolejnym rozczarowaniem. Nikt nie lubi porażek, te dotkliwsze zawsze dotyczą sfery prywatnej. Okej, jeśli nie dostaniesz w pracy podwyżki albo nie wyjdzie ci urlop, a skarbówka i sąsiedzi dadzą popalić, pukając do drzwi/w ścianę o siódmej rano. Gorzej, jeśli zdradzi cię partner/ka. Wtedy nie tylko wali się życie, wtedy upada cały system.

Na którą opcję Wy się decydujecie?

Samotność czy praca nad związkiem?

*zarzucam ironią w przerębel