Zawsze podziwiałam kobiety z małymi torebkami. Takimi, które nadają się i na imprezę, i na randkę, i do pracy. Long story short: klucze, pomadka, portfel i telefon.

Do wnikliwej obserwacji własnego dobytku, który codziennie dźwigam na swym wątłym ramieniu, zmusiła mnie pewna sytuacja.

(Wnikliwą oberwację poczynili również inni przechodnie, ale o tym za chwilę.)

Wlokłam się ostatnio do pracy tempem drugoklasistki, która wybiera się do pierwszej spowiedzi i przytłacza ją straszny ciężar grzechów własnych i koleżanek z piaskownicy. Wiadomo, poniedziałek, bolesny poranek po weekendzie, kiedy trzeba podnieść pupę z łóżka przed dziewiątą po dwóch dnia wstawania o dowolnej porze. Przestawianie budzika przez godzinę co dziesięć minut poskutkowało kolejnym niecenzuralnym ciągiem wyzwisk pod adresem tykającego zegara, kiedy po nerwowym zerknięciu na wiszącego delikwenta wstawiałam do zmywarki naczynia za dwadzieścia pięć dziesiąta. Na marginesie, weekendowe spanie do późna u mnie kompletnie się nie sprawdza, ostatnio w soboty budzę się przed siódmą, i, zamiast oglądać w pluszowych kapciach Dzień Dobry TVN i zjadać lody na śniadanie, zasuwam z odkurzaczem i wieszam pranie w rytm coverów Piaska. Co prawda nie z wyboru, bo w kółko puszczają jego autorskie wersje piosenek w RMF Classic, czego kompetnie nie mogę zrozumieć, bo facet primo: nie ma głosu i secundo: nie powinien kaleczyć przebojów Varius Manx na modłę nastolatka przed mutacją, który do tego masturbuje się przed plakatem Megan Fox w toalecie. Słuchając piskliwego kwilenia, który kiedyś był całkiem udanym kawałkiem pop („Ona maaaa siłęęęęęę”), wyobrażam sobie zwykle dziwną hybrydę Piaska i Anity Lipnickiej, w dodatku ten upiorny twór ma piętnaście lat i straszne pryszcze.

Szłam więc, licząc kroki jak Krystyna Janda (podobno, żeby zachować kondycję, trzeba przejść ich dziennie dziesięć tysięcy), szukając przelotki w przepastnej torbie wielkości średniej walizki. Zawsze na wszelki wypadek noszę ze sobą ciuch sportowy, bo może wyskoczę po pracy na jogę; książkę do czytania, coby nie nudziło mi się w autobusie; tablet lub komputer, zdarzają się też klapki albo adidasy; parasol, obiad w pojemniku, wodę, szczotkę, lakier do paznokci, gdyby odprysnęła mi hybryda; torebkę z lekami, na wypadek ataku awitaminozy; magnez w tabletkach musujących, czasem także wczorajsze kanapki, których zapomnę wyjąć, okulary przeciwsłoneczne, etui do okularów przeciwsłonecznych, tampony, dwie paczki chusteczek, telefon, portfel, słuchawki, nić dentystyczną i kosmetyczkę.

Znalezienie w tym bajzlu przelotki lub kluczy do domu graniczny z cudem, dlatego zazwyczaj czekam, aż ktoś się zlituje nad moją niedolą i wpuści mnie do redakcji. Czasem skutkuje i życzliwa dusza z recepcji wciśnie magiczny przycisk otwierający wrota wejściowe (zabawne, ale motyw florystyczny przy drzwiach kojarzy mi się czasem z kopalniami Morii :) ), gorzej jest z kluczami do domu. Najczęściej muszę wywalić wszystko na podłogę i wśród ogólnych krzyków i złorzeczeń udaje mi się wyciągnąć klucze niczym pijany na weselu didżej płytę z ulubionym kawałkiem państwa młodych.

Na skrzyżowaniu Kasprzaka z Płocką, tuż przed światłami, mignął mi przed oczami uciekający autobus 178.

Dalej sprawy potoczyły się bardzo szybko.

Zapomniałam, że dla zasady nie biegam do środków komunikacji miejskiej.

Zapomniałam, że mam klapki, w których już raz urwał się pasek.

Zapomniałam też, że torba typu shopper nie ma na górze zapięcia i jest, delikatnie mówiąc, totalnie przeciążona.

Gdyby życie miało podkład muzyczny, pewnie pasującym do tego momentu motywem byłoby coś z Looney Tunes, kiedy Kojot Willy prawie dogania Strusia Pędziwiatra. Problem w tym, że grunt urywa mu się pod nogami i spada w przepaść. Z urwanym klapkiem. Bip-biip.

Dodajcie do obrazu zniszczenia zawartość torebki rozsypanej w promieniu iks metrów. Na szczęście tym razem nie byłam swoją przyjaciółką, nie pojawił się znikąd przystojny młodzian, ani, co gorsza, dziad z wąsem w stylu lubieżnego wuefisty (?) i nie podał mi paczki tamponów ani tabletek anty z dwuznacznym komentarzem: „Coś pani wypadło”. Nie miałam też słoika z obiadem od mamy, która, jak to mama, próbuje mnie dokarmiać, choć niedługo skończę trzydziestkę.

Mój codzienny niezbędnik pozbierałam sama, choć byłam pewna, że wzbudziłam ogólną sensację nie tylko swoją jaśniejącą personą, i nie mówię tu tylko o kolorze włosów, ale całym anturażem. Mając wszystko podane jak na tacy, to znaczy na chodniku, zaskoczyło mnie, jak wiele rzeczy absolutnie koniecznych do życia noszę codziennie ze sobą.

Nie uważam, żeby dźwiganie na plecach całego dobytku było szczególnie mądrym życiowym posunięciem. Spójrzcie chociaż na biedne dzieci z tornistrami większymi od bagaży, które typowa polska rodzina taszczy na typowe wakacje w typowym wakacyjnym kurorcie. Później typowy garb i jeszcze powszechniejsza rehabilitacja.

Z jednej strony, im więcej napakujecie do torebki / tornistra, tym więcej możecie zgubić. Ale z drugiej strony,  jeśli pęknie Wam klapek, możecie sięgnąć do przegródki na ubrania i po prostu wymienić obuwie na nowe. :)

Jako kobieta stwierdzam więc z dumą i pewnością, że wszystkie gadżety z mojej torebki są absolutnie niezbędne do codziennego funkcjonowania.

A może po prostu mam lekkiego fioła.

Stay tuned.

M.