Dzwonek darł się jak opętany… i właściwie w kontekście właściwego mu szataństwa i wszeteczeństwa, wykrakałam.

Bo oto gdy złorzecząc, energicznym krokiem udawałam się spod prysznica prosto pod drzwi (cud, że zdążyłam się przyodziać), celem opitolenia mojego chłopa za spóźnienie na romantyczną kolację przy świecach, oczom moim ukazał się widok następujący.

Ksiądz (gruby w obwodzie) i ministrant (chucherko, z wąsem nieregularnym…te wąsy to jakaś moja fobia) z krzyżem drewnianym czekali pod drzwiami i naciskali dzwonek, który, wbrew oczekiwaniom, jednak się nie zepsuł ani nie zaciął. Ministrantowi na mój widok lico rozjaśnił szeroki uśmiech, a ksiądz, wsadziwszy stopę w drzwi, nawiązał dialog:

– Szczęść Boże. Przybywamy z kolędą.

Ja (zerknąwszy na stół, przygotowany dla dwojga): Eeee, nic nie wiedziałam…to może odezwę się do parafii i poproszę o inny termin wizyty.

X: Ależ, ależ. Zajmiemy minutkę.

Ja (przypomniawszy sobie o mokrej fryzurze a la piorun strzelił w rabarbar i niekompletnym odzieniu): Nalegam.

X: Ja także nalegam. Gość w dom, Bóg w dom.

Ja (pokonana): Zapraszam.

X (Zadowolony, odprawiwszy ministranta i stosowne modlitwy): Kolacja! Dla mnie! Nie trzeba było!

Ja: Eee, dla konkubetna…tfu. Narzeczonego.

X (zerkając w papiery): Niejaki pan R.?

Ja: Nieaktualny. Umarł. Wyjechał, znaczy.

X: A nowy absztyfikant jak ma na imię?

Ja: On niewierzący.

X (zaczepnie): Co, boi się, że diabła wygonimy, wpisując w papiery?

Ja: To może wody? Soczku?

X (podchodząc do regału zawalonego literaturą): Ile książek! Co też pani czyta?

Ja: To głównie konku…narzeczonego.

X: (Zajrzawszy w zbiór płyt): A czym pani się zajmuje?

Ja: Jestem grafikiem w redakcji.

X: Ja również byłem związany z wydawnictwem. Ave Maria. Może pani słyszała?

Ja: …

X (w tempie): …Na narty teraz jadę. Super sprawa. Włoskie Alpy, szaleństwo.

Ja: No, ja też może na weekend do Białki.

X: A wie pani, byłem w Japonii właśnie. Wspaniała kultura. Ale, to społeczeństwo. Zlaicyzowane. Technokracja. Manipulacja. Zeświecczenie. Przewartościowanie.

Ja: Tu się zgodzę, ale byłam w Wietnamie i…

X: (wchodząc w słowo): …A telewizję pani ogląda?

Ja: Rzadko, zazwyczaj nie mam czasu.

X: Może widziała mnie pani w programie wczoraj? Ja bywam w TVN-ie, w telewizjach różnych…a wczoraj to nawet w programie Anioł Pański.

Ja: Gratuluję.

X: Będę się zbierał, jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia.

Ja: To może ja…ofiarę na parafię…

X: Bóg zapłać, Bóg zapłać. Szczęść Boże.

 

Mam mieszane uczucia.

Z jednej strony, wizyta duszpasterska to element tradycji i moja mama czy babcia nie wyobrażają sobie NIEPRZYJĘCIA KSIĘDZA w swoje skromne progi.

Z drugiej natomiast, zapraszanie obcego człowieka do domu chyba powoduje u mnie dyskomfort. Nawet jeśli to Sługa Boży, a ja raczej jestem niewierząca.

Zadziałał chyba element zaskoczenia, przywiązanie do tradycji i świadomość, że kiedyś mogę potrzebować zaświadczenia od parafii. Takie czasy, że kto wie. Odwrotna dyskryminacja, czyli ta za brak wiary, może się zdarzyć. Choć wolałabym nie musieć określać profilu wyznania w dowodzie osobistym.

A wy co o tym myślicie? Przyjmujecie księdza po kolędzie?

fot. tumblrZrzut ekranu 2016-01-28 (godz. 22.47.39)