Pewnego pięknego dnia, za namową kolegi, który od kilku lat mieszka, pracuje i podróżuje po Azji, postanowiłam na spontanie kupić bilet lotniczy na urlop. Destynacja nie była wybrana przypadkowo – plan wyjazdu zakładał zahaczenie o ślub wspomnianego ziomka z piękną wietnamską narzeczoną. Event miał mieć miejsce w nowej stolicy Wietnamu, totalnie egzotycznym dla mnie mieście, Hoi An (zwanym przez nas później swojskim „Hanojem”). Zdecydowana wreszcie zrobić sobie porządne, dwutygodniowe wakacje, reset od stresów, rachunków, niepokojów, pracy i kołaczy, wyruszyłam więc z rodziną pana młodego oraz grupą jego znajomych, których poznałam na lotnisku, do miejsca przeznaczenia. Ahoj, przygodo!

Added on: 27.10.2015

Dzień 13.

Dzień dobry z Moy Son, liczącego tysiąc trzysta lat hinduistycznego kompleksu świątynnego ku czci boga Śiwy. Wstałyśmy dziś zobaczyć wschód słońca w tym pięknym miejscu – to taki Angkor Wat w wersji mikro.

Amerykańskie bomby w 1969 na rozkaz prezydenta Nixona zbombardowały teren świątyń, ponieważ podejrzewano, że wewnątrz budynków ukrywa się armia Wietkongu (nasz lokalny przewodnik wielokrotnie podkreślał, że to barbarzyństwo niszczyć „sacred place”).

Na fotografii widać lej po wybuchu bomby:

12169731_10208197513002365_889901744_o

12167944_10208197514042391_392272464_n

804665_10208197514322398_1393738849_n

collage

12178036_10208197514442401_625728666_n

Drogę powrotną do Hoi An przepłynęliśmy wzdłuż Rzeki Perfumowej wściekle bujającą łodzią, sterowaną przez drobną Wietnamkę w ogromnym kapeluszu. Mam wrażenie, że to ten kapelusz utrzymywał nas względnie na powierzchni wody.

12178314_10208197518842511_1618021885_n

12170368_10208197519002515_1219823603_n

Dzień 11.

Hanoi to piękne miasto – położone w środkowym Wietnamie, przypomina Wenecję. Składa się z kilku malowniczych wysepek połączonych siecią mostów. W nocy uliczki z restauracjami i straganami z pamiątkami rozświetlają tysiące lampionów. Okolicę najwygodniej jest zwiedzać rowerami – tak też zrobiliśmy, jadąc nad Morze Południowochińskie. Poruszając się po wąskich zabytkowych uliczkach, w tłumie skuterów, aut, rikszarzy, drobnych sprzedawców i masy turystów (to pierwsze miejsce, gdzie Polaków jest tylu, co na wczasach w Alanyi) czuliśmy się jak w oldskulowej grze komputerowej „Midtown Madness”, w której trzeba było omijać ruchome przeszkody, chaotycznie przemieszczające się w nieokreślonym celu, żeby przeżyć (nam akurat chodziło o bezpieczne klapnięcie z ręcznikami na plaży). Wczoraj część naszej grupy wróciła do domu, reszta została tu do końca tygodnia.

12168077_10208197500962064_324257488_n

12179564_10208197500842061_697705594_n

12179737_10208197501042066_996395334_n

12179185_10208197501202070_1165335151_n

12178142_10208197501482077_560348783_n

12168099_10208197501082067_1946656080_n

12170217_10208197501122068_1544962078_n

12170385_10208197500802060_200263840_n

12176060_10208197501002065_1911536776_o

12170416_10208197501162069_132068732_n

12179151_10208197501402075_1408463067_n

11666975_10208197501362074_1082044799_n

Added on: 23.10.2015

Dzień 10.

Dziś ekstremalnie – podróżujemy autobusem z leżącymi siedzeniami, niektórym nie dopinają się pasy; w Europie nie uświadczysz takich środków transportu – pozycja, w której spędzimy prawie dwadzieścia godzin podróży na południe, do miasta Da Nang w środkowym Wietnamie, raczej nie należy do najbezpieczniejszych dla pasażera. Miejsca na nogi nie ma zbyt wiele, ci wyżsi z grupy trochę narzekają. Prysznic część z nas brała 24h temu, kolejny jutro o podobnej porze. Powietrze upalne i wilgotne, wszystko się klei. W toalecie na postoju pośrodku wygwizdowa, koleżanka z Hiszpanii miała okazję zapoznać się z jednym ogoniastym, który zamieszkał w damskiej kabinie. Nasza Hela, jako przedstawicielka zacnej grupy, również spotkała pierwszego szczura w Wietnamie i chyba był to ten sam osobnik. Czasem słońce, czasem hardkor.

12167815_10208197494521903_938945147_n

Dzień 8.

Przedstawiam naszą maleńką, roześmianą panią przewodniczkę o imieniu Gia Cha z plemienia Czarnych H’ mongów. Jest niepiśmienna, a angielskiego nauczyła się podczas oprowadzania turystów po górach. Jej dzieci chodzą do szkoły, ale ta istnieje w wiosce od niedawna. Pewnego dnia syn pani Gia ciężko zachorował, ale wietnamski szpital w Sa Pa nie chciał przyjąć nikogo z plemienia, do którego należy chory – pomogło dopiero wstawienie się u lekarzy przez brytyjskiego znajomego. Dziś wędrowaliśmy po górach i odwiedziliśmy dom naszej przewodniczki, zostaliśmy też podjęci królewskim obiadem. Aby dotrzeć do miasta Sa Pa, w którym to pani Gia pracuje, trzeba iść dwie godziny przez błoto, góry i prymitywne kamienne ścieżki, które nigdy nie wysychają, a czasem zamieniają się w rzekę ekskrementów. Życie górskich plemion jest ekstremalnie ciężkie – utrzymują się z uprawy roli w trudnych warunkach, część miejscowych nie potrafi czytać ani pisać. Kobiety zarabiają wyszywając tkaniny; już dziesięcioletnie dziewczynki sprzedają lokalne wyroby: ręcznie ozdabiane bransoletki, torby i chusty.

12167670_10208197492321848_1686681281_n

12179082_10208197492401850_2116227233_n

12171743_10208197492561854_1329067273_o

12166403_10208197492641856_2033893288_n

12179750_10208197492681857_1560627695_n

12167991_10208197492761859_446200350_n

12167840_10208197492481852_922874524_n

12179485_10208197492841861_484620355_n

12179259_10208197492801860_1528406428_n

Dzień 6.

Udało mi się do tej pory:

– przejechać rikszą w eleganckiej długiej sukience,

804476_10208197483441626_890928183_n

– przejechać motorynką (rikszy spadł łańcuch) z bratem panny młodej i jego synem, trzymając pod pachą obraz-prezent ślubny (wciąż będąc w tej samej eleganckiej długiej sukience i bez kasku),

12167634_10208197486161694_300423286_n

– spotkać na weselu starszego Wietnamczyka, ochrzczonego przez nas „Wujkiem z Katowic” – pana, który świetnie mówi po polsku, a w 1971 studiował na Śląsku; a także zaśpiewać z nim „Szła dzieweczka”,

– zjeść talerz świerszczy, które, za przeproszeniem, smakowały jak drobiowa wątróbka, tylko że z chilli, kolendrą i siekanymi orzechami zamiast jabłek z cebulką,

12178063_10208197483601630_1589559507_n

– wypić zupę ze świńskich ogonków (albo przynajmniej tak to wyglądało) razem z Hanojczykami na chodniku,

12170685_10208197486081692_1685678353_n

12170191_10208197485961689_2019306571_n

– spędzić noc na łodzi, wśród jednego z cudów świata w zatoce Ha Long,
12179499_10208197483641631_2008036512_n

12179774_10208197483721633_863396404_n

12170782_10208197483761634_965365002_o

– przepłynąć kajakiem po otwartym morzu i zrobić sobie kuku w rękę (bujało jak cholera, a miejsca miedzy skałami było tyle, że kajak ledwo się zmieścił),

12170544_10208197483561629_209540896_n

– znaleźć w środku jaskini apteczkę, żeby opatrzyć kuku,

12167749_10208197483681632_1277253878_n

– ulepić własną sajgonkę,

12170371_10208197483801635_880744977_n

12170367_10208197483841636_394120143_n

– łowić kalmary na siatkę, choć efekt był raczej mizerny,

10322959_10208197483881637_271440632_n

12179548_10208197483961639_1503537718_n

– złowić dla grupy małża z perłą, na Farm Pearl (podobno występują tylko w 30%, nawet tych małży hodowlanych).

12167843_10208197484001640_1567264122_n

12170359_10208197484041641_1145474390_n

To są prawdziwe wakacje!

12170451_10208197483281622_2141483530_n

Added on: 21.10.2015

Dzień 2.

Hanoi.

Azja jest głośna, tłoczna, brudna i aromatyczna. Ulica pachnie grillowanym na chodniku mięsem, gorącym deszczem i spalinami. Ludzie poruszają się na piechotę albo skuterami, na drodze panuje niewyobrażalny chaos, nie obowiązują żadne zasady, a hałas uliczny na pewno stukrotnie przekracza dopuszczalne europejskie normy poziomu hałasu. Sprzedawcy wędrowni w typowych kapeluszach-talerzach oferują owoce, których nazw nie znam, a które można wybrać samemu z koszy, noszonych na ramieniu albo na głowie. Ludzie siedzą na ulicy całymi rodzinami, na plastikowych krzesełkach i przyrządzają posiłki na prowizorycznym grillu wprost na chodniku. Wszędzie te same, poważne twarze.

Pewien Wietnamczyk zapytany przez kolegę o to, dlaczego tu nikt się nie uśmiecha, odparł: „Nie mamy powodu”.

12167100_10208186953298379_528945539_n

12166003_10208186953338380_1772187689_n

12170333_10208186953498384_1201483936_n

12167347_10208186953578386_1673772390_n

meryazja1

12166840_10208186953938395_1398386_n

12166482_10208186965858693_1715488855_n

meryazja

12063990_10208186965818692_895041714_n

Added on: 20.10.2015

Dzień 1.

W samolocie.

Linia Warszawa-Moskwa-Hanoi, a zwłaszcza jej drugi odcinek, to linia, którą latają głównie Wietnamczycy z małymi dziećmi. Mówiąc „małymi”, mam na myśli takie, które ledwo siedzą. Traf chciał, że moje wypasione miejsce pośrodku samolotu, daleko od toalety, blisko do okna i korytarza, zostało przejęte przez akustycznego malucha, który okazał się być wcieleniem Dziecka Rosemary. Powiedzieć, że płakał, to tak jakby stwierdzić, że żona dziennikarza Terlikowskiego jest ekspertem w sprawie seksu, ergo – troszkę minąć się z prawdą. Dzieciak wył, wierzgał i kopał; kolejne partie szlochów były przerywane ujadaniem, wrzaskiem i krzykiem na poziomie decybeli zagłuszającym ryk silnika samolotu oraz wygibasami w niemożliwych do osiągnięcia przez normalnego człowieka pozycjach (czujecie to wyginanie kolan pod kątem minus 90?). Mamusia uroczego bachorka, niemówiąca po angielsku, nieprzeciętnej urody kobieta (w samolocie dogadać się można było tylko po wietnamsku i rosyjsko-angielsku z umiarkowanym machaniem rękami), próbowała w to biedne wydzierające się niczym z horroru maleństwo wmusić słoik z marchewkową papką. Wmuszanie zajęło czas od startu i osiągnięcia wysokości przelotowej do końca prezentacji walorów Aerofłotu (wyświetlanej na nowoczesnych ekranach LCD, przytwierdzonych do zagłówków superwygodnych siedzeń) przez piękną panią stewardesę i przystojnego pana pasażera. Tymczasem mały wyjec w końcu zwymiotował marchewkę na ładną mamę i jej całkiem obcą współpasażerkę, a ja stwierdziłam, że czas zmienić miejsce siedzące na kolejnych osiem godzin lotu. Moja radość z załatwionej pozytywnie przeprowadzki była jednak przedwczesna.

Jedynym wolnym siedzeniem okazało się miejsce między drzwiami awaryjnymi a kiblem, na szczęście mało zapachowym. Za to od drzwi ciągnął wiatr, moje zatoki zaczęły więc napełniać się katarem w szybkim tempie. Uzbrojona w podwójny koc („Szto is ekstra blanket?”), gripex popity białym winem (w cenie biletu) i smarka do pasa, zaczynam wakacje.

P.S. Rosyjskie linie rejsowe Aerofłot mimo wszystko dają radę. Komfort, kocyki, wyświetlacze w zagłówkach, kapcie i ekstra jedzenie jakoś rekompensują deficyt kultury ludzkiej.

12166123_10208186928417757_964372678_n

Tutaj jeszcze mała ciekawostka. Pasażerami samolotu byli w dziewięćdziesięciu procentach Azjaci. Żywo zainteresowały nas ich bagaże.

12167857_10208186936497959_1973093165_n