Mam już za sobą wywiady z projektantami, ale jeszcze nie rozmawiałam z osobami, które tworzyłyby ubrania dla kobiet w ciąży. Cieszę się, że pierwsza dla mnie okazała się Kasia Szyszko-Post, która stoi za marką Mine Pine Baby, bo nie tylko jej t-shirty są świetne, ale ona sama ma naprawdę niepowtarzalny charakter i zaraża pozytywną energią. O swojej marce, która oficjalnie istnieje od listopada zeszłego roku, opowiada z taką pasją, że przegadałyśmy niemal całe popołudnie. Błyskotliwe napisy na t-shirtach w połączeniu z super grafikami sprawiły, że od początku — mi i Heli — na maksa spodobały się t-shirty Kasi i umówiłyśmy się z projektantką jak najszybciej. Zależało nam na czasie również dlatego, że była wtedy w 8,5 miesiącu ciąży! Spotkałyśmy się w klubokawiarni Pompon, która była po prostu idealną przestrzenią dla sesji Mine Pine Baby. Rodzinna atmosfera, dobra kawa i super wystrój sprawiły, że to popołudnie było tylko przyjemniejsze.

Zapraszam do przeczytania wywiadu. 

a

Skąd wziął się pomysł, żeby produkować t-shirty dla kobiet w ciąży?

Kiedy urodził się mój pierwszy syn, Tadzio, postanowiłam, że otworzę coś swojego. Chciałam zająć się czymś więcej niż tylko (!) wychowywaniem dziecka. Mi samej brakowało w ciąży zabawnych koszulek z nadrukami, a do tego dobrej jakości i za rozsądną cenę; poczułam, że to jest dobry kierunek. Coś tam „nabazgrałam” i udałam się do krawcowej w nadziei, że pomoże mi okiełznać pierwsze pomysły. Przygotowałyśmy wspólnie prototypy oraz napisy, przetestowałam je na mojej siostrze, która także spodziewała się dziecka i… produkcja ruszyła!

Z pewnością wiele mam może się identyfikować z Twoimi hasłami. Jak powstały te teksty? 

Chciałam, żeby nowa firma nie tylko czymś się wyróżniała, ale żeby była po prostu „moja”. W pierwszej ciąży gadałam straszne głupoty, z czego powstawały dość zabawne teksty. Jeszcze kiedy pracowałam w agencji reklamowej, moja koleżanka sumiennie je spisywała „dla pokoleń”, żeby wszyscy mogli się z nich od czasu do czasu pośmiać. Na przykład, znajomi powiedzieli kiedyś: „Już z tobą nie wytrzymujemy! Szaleją ci te hormony!”, a ja na to: „Hormony? Jakie hormony?! Ja nie mam żadnych hormonów! Jakbyście byli grzeczni, to bym na was nie krzyczała” [śmiech]. Sporo tekstów powstało też w domu. Ciągle pytałam swojego męża: „Ale powiedz szczerze, czy wyglądam grubo?”. On oczywiście odpowiadał: „Nie, Kasia! Jesteś po prostu w ciąży. Dobrze wyglądasz”. A ja wtedy: „Ale proszę Cię! Bądź szczery! Zobacz, jaką ja mam twarz!”. Stwierdziłam, że te „złote myśli” można wykorzystać na koszulkach i że to się będzie podobać.

Sama zajmujesz się też grafikami?

Nie, grafiki to nie moja działka. Ale od zawsze pracowałam w agencjach reklamowych, więc znam sporo uzdolnionych grafików, między innymi bardzo fajne i ambitne dziewczyny z Acapulco Studio. Odezwałam się do Gosi, którą znałam z poprzedniej firmy i zapytałam, czy mi pomoże. Następnie dostałam od niej szkice i od razu wiedziałam, że to jest to!

IMG_1910

Mine Pine Baby otworzyłaś w listopadzie 2014 roku. Naprawdę szybko zdobyłaś niemałą popularność. Jak Ci się to udało?

Rzeczywiście szybko poszło… Sama nie wiem, jak to się stało! W lipcu 2014 roku okazało się, że jestem w drugiej ciąży, więc po prostu kułam żelazo póki gorące. Robiłam wszystko, żeby tylko zdążyć przed świętami. Chciałam pójść na targi i zobaczyć, czy moje koszulki spodobają się innym. Okazało się, że tak! To zaczęło mnie tak naprawdę napędzać do jeszcze większego działania. A teraz odzywają się do mnie właściciele różnych sklepów i chcą, żebym wstawiła do nich swoje produkty.

Chcesz tworzyć pełne kolekcje czy kolejno dodawać nowe modele koszulek?

Raczej dodawać nowe modele, nie chcę też zanadto rozbudowywać oferty, żeby tych t-shirtów nie było za dużo. Zaczęłam od czterech wariantów i chciałam w ten sposób sprawdzić, które się będą podobać, a które nie. No i niestety, wszystkie sprzedają się tak samo dobrze [śmiech]! Ale i tak dodaję coraz więcej grafik i tekstów.

Jakich materiałów używasz?

Stuprocentowej bawełny. Sprawdziłam naprawdę dużo różnych rodzajów bawełny po to, by wybrać najlepszą.

IMG_1940

A co mówią klientki? Opowiadają, jak im się nosi koszulki? Proszą o jakieś rady?

No jasne! Uwielbiam targi, bo to właśnie tam ma się bezpośredni kontakt z klientem, sama zadaję wtedy pytania oraz otrzymuję wiele opinii. Wiem na przykład, że zaprocentowały dobre materiały i kobiety są zadowolone, a co najważniejsze — wracają. Pytam też, jak piorą swoje ubrania, bo zalecam prać je na lewą stronę w 30 stopniach (chociaż testowałam je nawet w 90 stopniach i nic im się nie stało). Dbam również o to, żeby ładnie pakować t-shirty i wiem od samych klientek, że bardzo to doceniają.

Czy interesowałaś się wcześniej modą? Skąd wiedziałaś, gdzie np. pójść na targi?

Tak, interesuję się modą. Może nie śledzę wszystkich trendów i nie czytam wszystkich gazet modowych, ale zawsze interesowało mnie to, jak wyglądam i co się nosi. Zanim założyłam Mine Pine Baby, od ponad dwóch lat sama chodziłam na targi, żeby znaleźć oryginalne ciuchy dla siebie. Spodobało mi się to, że można tam poznać projektantów, porozmawiać, sprawdzić produkty na miejscu i do tego zawsze panuje rewelacyjna atmosfera. Stąd wiedziałam, gdzie i kiedy odbywają się targi, a także, na jakich warto byłoby pokazać się z moimi koszulkami. Poza tym, w dzisiejszych czasach wszystko powie ci… Facebook. Wkrótce spodziewam się drugiego dziecka, więc muszę jednak zrobić sobie krótką przerwę od targów i skupiam się na sprzedaży internetowej. Zapraszam do mojego e-sklepu: minepinebaby.com.

Które targi są, Twoim zdaniem, najbardziej warte uwagi?

Zdecydowanie Mustache, bo to naprawę duże wydarzenie i pojawia się na nim sporo ludzi. Bardzo spodobały mi się też My Baze i Grand Bazar.

Jakie jest środowisko wystawców?

Na targach poznałam wielu wspaniałych ludzi. Wszyscy dają sobie wzajemnie rady i raczej nie ma rywalizacji. „Raczej”, bo wiadomo, że trafiają się też osoby, które nigdy nie zdradzą własnego przepisu na sukces, ale to zdecydowana mniejszość.

To jest takie hermetyczne środowisko? Ciężko się tam dostać?

Ja nie miałam w ogóle problemu, żeby się tam dostać! Wystarczyło się zgłosić. Nie mogłam jedynie wybrać miejsca, w którym chciałabym rozstawić stoisko, bo kiedy jesteś nowy, to organizatorzy wskazują ci miejsce. Ale nie narzekam, bo zaprzyjaźniłam się wtedy z wieloma innymi „początkującymi” wystawcami. Nie czułam też wyższości ze strony stałych bywalców. Podchodzili, oglądali, a nawet chwalili.

To na koniec… jak powstała nazwa?

Oj, to dopiero historia [śmiech]! Logotypem firmy jest szyszka w kształcie kropli – ten pomysł podsunęła mi koleżanka, która trafnie stwierdziła, że macierzyństwo to nie tylko radość, ale też pot i łzy. A dlaczego szyszka? Bo moje nazwisko panieńskie brzmi Szyszko i w rodzinie śmiejemy się, że nie mogę się z nim rozstać. Dlatego postanowiłam je wykorzystać również w nazwie firmy, tyle że w wersji angielskiej. Kto wie, może czeka mnie międzynarodowa kariera? [śmiech]

Bez nazwy-3

Bez nazwy-4

IMG_1919

b

IMG_1928

A to my w t-shirtach „Hormony? Jakie hormony?!”

11001981_1071828689501355_486309483_o

fot. Oskar Jan Jarzyna [BLIK]

Tekst: Anna Nieszczerzewicz [Anka]

Zdjęcia: Justyna Helena Majewska [Helka]