Historia zakupu biletów jest zawsze taka sama:

Ja: Grzeluch! Znalazłam fajne bilety, tanio, niecałe dwie stówki w dwie strony!

Grzeluch: Gdzie?! Oby było ciepło.

Ja: Rumunia!

Grzeluch: Gdzie kurwa? Rumunia? Co tam jest?

Ja: Nie wiem! Dlatego chcę jechać, zobaczyć.

Na co Grzeluch zawsze udaje, że się zastanawia i marudzi, że w sumie to nie wie, nie wie, i wymyśla i wydziwia… Na co ja zawsze:

– No ale zastanów się, pojedziemy na 5 dni, znajdziemy coucha. Niby jest wrzesień, ale przecież tam jest teraz ciepło (kłamałam), bo to jest nad Morzem Czarnym! Będzie super (ryzykuję)! Ilu znasz ludzi, którzy byli w Rumunii? Poznamy dużo nowych, zjesz jakieś ichnie specjały. Przecież należy nam się mały wyjazd, gdzie to my ostatnio wyjechałyśmy (pewnie miesiąc wcześniej, ale to nie ważne… Szybko omijam temat)? Poza tym Rumunia jest mega tania (zmyślam) no i tanie bilety tylko 5 dni w tym weekend. Pamiętaj Grzeluch! Jedno Twoje słowo. Wiesz jakie.

I ona wtedy już mniej marudzi i mówi W sumie, w sumie… No to masz rację. DOBRA! KUPUJ!.

Tak więc, kupiłyśmy bilety do Bukaresztu z Gdańska z przesiadką w Szwecji w Malme za 198 zł. Tak, w Szwecji. Czy ja wiem czy to był interes życia? ;)

Jedziemy.

Pierwszą nockę po przylocie do Rumunii spędzamy na lotnisku. I otóż są takie lotniska, które są proturystyczne i są takie lotniska, stworzone żeby zniszczyć życie podróżnikowi. Lotnisko w Bukareszcie zdecydowanie należy do tych zaprojektowanych przez osobę, która wręcz ich nienawidzi. Musiałyśmy przeczekać 5 godzin na autobus, który zabierze nas do Konstanty. Szukałyśmy odpowiedniego kąta do kimnięcia się, no ale nie. Siedzenia z podłokietnikami, informacje z głośników średnio co 10 minut, strażnicy ze spluwami, budzący Cię gdy śpisz na podłodze… Nie było tak lekko jak na lotnisku w Londynie ale… Jak nie my to kto?

Przytulny kąt pod oknem. Grzeluch miała o tyle szczęście, że wzięła ze sobą śpiwór i nie straszne było jej spanie na posadzce… Ja nie miałam tyle rozumu i cisnęłam się na siedzeniu przykryta kocem. Budzik nastawiony na godzinę 4.50 bo o 5.10 autobus do Konstanty, który miał jechać około trzech godzin. Jak się tu nie wyśpię zostaje jeszcze kima w autokarze.

Godzina 4.30, telefon. I tutaj bym zacytowała jak śmieszny jest rumuński, ale nawet nie wiem jak to zapisać. Poprosiłam pana, żeby mówił po angielsku (domyśliłam się, że chodzi o nasz transport z lotniska do Konstanty) na co mój rozmówca: „No! No! No english! No speak!”.

Oho!

W tym momencie akurat koło nas przechodzili strażnicy z karabinami. Dużo nie myśląc podbiegłam do nich wymachując telefonem i prosząc żeby porozmawiali z osobą na łączach. Jeden z nich skierował we mnie spluwę krzycząc „Step back!”, ok. Przystanęłam, wykonałam gest rękoma „Spoko ziomek, easy”, emocje trochę opadły, powiedziałam tylko do słuchawki „Please moment” najbardziej drukowanymi jak tylko potrafiłam w nadziei, że takie uniwersalne słowa zrozumie mój rozmówca. Scena jak z niejednego odcinka zagadek kryminalnych CEA. Strażnicy uważam trochę za bardzo się zestresowali, chociaż z drugiej strony mógł się trochę przestraszyć wariatki biegnącej w jego stronę i drącej ryja. Anyway. Zostało ustalone, że nasz transport czeka już pod lotniskiem. Zebrałyśmy nasze toboły i wyszłyśmy przed lotnisko, gdzie na parkingu stał biały Citroen, para podróżników z dużymi plecakami i kobieta 60+. Wszyscy mieliśmy się zmieścić do tego samochodu wraz z kierowcą. Parka mówiła po angielsku i hiszpańsku, kierowca i kobieta tylko po rumuńsku. Dokonując szybkiej oceny sytuacji, CUDEM upchnęliśmy się do auta. Jechaliśmy około 10 minut w bliżej nieokreślone miejsce, no ale skoro facet miał mój numer telefonu i zadzwonił, żeby nas poinformować o transporcie, nie mógł być raczej przypadkowym mordercą ;)

Po piątej dojeżdżamy do miejsca, które przypomina skrzyżowanie zakładu mechanicznego ze stacją benzynową. W autokarze jest około 10 osób. Odjeżdżamy punktualnie, a ja zapadam w sen.

Przed przyjazdem tradycyjnie szukałyśmy coucha. W Konstancie przyjechała po nas 31-letnia Dana. Matka dwójki dzieci, Raru i Oana. Dojeżdżając do celu wyobrażałam sobie małą kawalerkę albo mieszkanie dwupokojowe w blokowisku gdzieś na 5-7 piętrze. Zapracowaną kobietę w związanych włosach, gotującą dania z paczki i dzieci, które chodzą do szkoły z tornistrami. Albo kogoś pokroju starej cyganki obwieszonej złotem w długiej kwiecistej spódnicy. Tak bardzo się myliłam. Podjechała po nas bordowym terenowym BMW.

– Cześć dziewczynki, wsiadajcie szybko, zawiozę was do mieszkania.

Początek tradycyjny, dlaczego przyjechałyście do Rumuni, co robicie, czym się zajmujecie itp. itd. 5 minut i byłyśmy pod jej mieszkaniem. A raczej domem. A raczej willą położoną nad brzegiem Morza Czarnego. Wchodzimy do środka.

– Dobrze dziewczynki, teraz was szybko oprowadzę po domu. Tutaj jest salon. Tutaj kuchnia… O, cześć Iza. Iza jest moją siostrą, zrobi wam śniadanie. Tutaj jest wyjście na ogród, na dole jest basen, ale jeszcze nie napuściliśmy wody, więc nie ma co schodzić. Na górze jest pokój dzieci, a tutaj wasza sypialnia. Tutaj macie osobno łazienkę i toaletę. Nina zaraz wam pościeli, możecie się wykąpać, odpocząć, przebrać i przyjadę po was o 12 i pojedziemy na lunch, teraz muszę jechać do pracy. Czujcie się jak u siebie w domu.

  • Widok z pokoju.
  • Pokój.
  • Widok z pokoju przez firanki.
  • Dom.
  • Kima na hamaku.
  • Chodź, zrobimy sobie fajne zdjęcie w powietrzu.

Mi generalnie nie trzeba było powtarzać. Dom był przepiękny, ogromny, z widokiem na morze z zieloną trawą na tarasie z hamakiem, z barem i lodówką pełną piwa i szampana. Salon olbrzymi, wszędzie zabawki. Nasz pokój wspaniały, łazienka ogromna. Tak! Dokładnie tutaj miałam być.

Dana przyjechała po nas punktualnie o 12, zabrała nas do restauracji on plonge, której sama jest właścicielką. Serwują tam świeże ryby i owoce morza. Lunch to nie tylko pretekst to pokazania nam restauracji, ale prawdziwa schadzka koleżanek. Dokładnie tak jak w serialu Sex w wielkim mieście. Spotkało się 5 kobiet, zamawiały jedzenie, koktajle, kawy, desery i robiły wszystkiemu zdjęcia. Dana miała również swojego prywatnego fotografa i całodobową opiekunkę swojej młodszej córeczki. Sama Dana nie siedziała z nami zbyt długo. Ciągle gdzieś ganiała, latała, a my rozmawiałyśmy z jej koleżankami. Po lunchu, który trwał dobre 3 godziny, zabrała nas na wycieczkę po mieście. Zobaczyłyśmy najważniejsze rzeczy i pojechałyśmy do domu. Miałyśmy pół godziny na wyszykowanie się na wieczorną sałatkę. I znowu jechałyśmy do restauracji z koleżankami.

  • Restauracja Dany on plogne.
  • Rybka Grzelucha.
  • Ja uderzam w owoce morza.
  • No hej!
  • Stare, zabytkowe casino w Konstancie.
  • Dom 2.
  • Wejście do meczetu.
  • Dom 3.
  • Widok z meczetu na centrum.
  • Restauracja on plogne.
  • Widok z góry meczetu.
  • Stary zabytkowy teatr.

Początkowo planowałyśmy zostać tylko jedną noc w Konstancie, a dwie w Bukareszcie, ponieważ jest większy i jest więcej do zwiedzenia, jednak Dana przekonała nas, żebyśmy zostały dłużej. Ze względu na to, że biletów do Bukaresztu nie miałyśmy jeszcze kupionych, a u Dany nam się bardzo podobało, zostałyśmy kolejne 2 dni. Plan dnia wyglądał podobnie, Dana budziła nas około 9, mówiła że wychodzi i przyjedzie po nas o 12 na lunch, ale przez ten czas mamy zjeść śniadanie. Jechałyśmy do niej do restauracji spotkać się z jej koleżankami, spędzić z nią czas. Potem zawoziła nas na plażę Mamaia, która w sezonie jest takim małym Sopotem. Są tam same letnie kluby, bary i hotele. Sama plaża jest przepiękna, szeroka, czysta i jest pełno muszli. Miałyśmy szczęście, że po plaży kręciło się jeszcze trochę ratowników i można było z nimi miło spędzić czas. To co nas najbardziej dziwiło w całej tej sytuacji to to, że z kim nie rozmawiałyśmy, kto by nas nie pytał co tu robimy… Gdy mówiłyśmy o Danie… Każdy ją znał. Była taką gwiazdą Konstanty.

DSC_1814

Gdy tempo trochę zwolniło, a my udaliśmy się z Daną i jej dziećmi na obiad, była chwila, żeby porozmawiać na spokojnie. Okazało się, że Dana jest wdową. Jej mąż… Wydaje nam się, musiał stosunkowo niedawno umrzeć. I patrząc po zdjęciach, które były rozstawione po całym domu, był on dużo starszy od niej. Dana była znana, ponieważ jej mąż miał wiele posiadłości w Konstancie, które teraz przejęła ona. Sama Dana jest bardzo energiczną, żywiołową mamą, która świetnie sobie radzi w życiu po tak wielkiej stracie. W tej rozmowie bardzo się przed nami otworzyła mówiąc, że strasznie się bała, że sobie nie poradzi. Że nie udźwignie tego ciężaru, że się podda, że nie będzie umiała żyć. Mimo tego, że jest najbardziej zapracowaną kobietą na świecie, ponieważ praca w gastronomii nie należy do najłatwiejszych, a już tym bardziej, gdy zajmujesz się restauracją z pasji, a nie tylko dla pieniędzy i udajesz kierownika, jest również świetną matką i przyjaciółką. To był dla mnie osobisty zaszczyt ją poznać, spędzić z nią tak dużo czasu jak było to tylko możliwe i zaprzyjaźnić się. Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt i ciągle planuję wrócić do niej, tym samym z niecierpliwością czekam na jej przyjazd do mnie.

DSC_1791

Ale czas mija szybko. Po zjedzeniu zakuski, tradycyjnej rumuńskiej potrawy, pożegnaniu wszystkich koleżanek, a naprawdę było ich sporo, po wyściskaniu dzieciaków i wspólnej pożegnalnej fotce… Jedziemy do Bukaresztu.

halina