Berlin to był mój pierwszy wyjazd w tym roku. Pierwszy, aczkolwiek bardzo spontaniczny. W styczniu miałam kilka dni wolnego, a dokładniej jeden dodatkowy, czyli mój weekend zaczynał się już w czwartek po południu. No można było spędzić styczniowy koniec tygodnia w Sopocie robiąc to, co się robi najlepiej, czyli pić w tanich lokalach i potem siać zamęt i kłopociki w klubach, ale nie tym razem. Usiadłam i zaczęłam szukać – gdzie by tu teraz…?

Lot – OK, może być, ale znajdź tani lot na weekend, 3 tygodnie przed terminem – bez szans. To może pociągiem? Ale to tylko po Polsce. Może gdzieś zagranicę? Drogo. Praga? Dwanaście godzin w Polskim Busie – odpada. Coś bliżej, coś taniej. Skandynawia! Sam bilet tani, ale zjeść coś, zwiedzić – drogo. Poza tym zimniej niż w Polsce, no way! To może Berlin? Nie ma połączeń z Gdańska. Pociągiem? Drogo i przez Poznań – bez sensu. To może ze Szczecina? Sprawdzam.

Wchodzę na stronę Polskiego busa i widzę:

Szczecin-Berlin, 2,5h, cena 3 zł.

Przetarłam oczy. Ile kurwa przepraszam? 3 zł!? Biorę.

10347161_10205232996854428_8503478756499555901_n

Tak więc bilety Szczecin-Berlin-Szczecin kosztowały mnie 7 zł (3zł w dwie strony + 1 zł opłaty za rezerwację, Polski Bus zawsze to pobiera). Pomyślałam – stać mnie. Tylko… Jakby się tu teraz dostać do Szczecina?

Towarzyszka mojej wyprawy, moja droga My Dear, jest osobą bezrobotną, a ja jestem osobą robotną (ale nie za poważnie). Pomysł super, ale mam w portfelu tylko 20 euro. No dobra, 25 euro…

Mam zamiar zjeść tego słynnego berlińskiego kebaba. Jedziemy!

Rzeczy zbyt wiele nie wzięłam. Po co? Nawet do końca nie wiem, gdzie będziemy spać i co robić. Wyjechałam o 14 z Gdyni, bo wujek Google uparcie starał się mnie przekonać, że do Szczecina nie dojadę w mniej niż 5 godzin. Ustawiłam się z Markiem na BlaBlaCarze. Spotkaliśmy się pod moją pracą. Marek był około pięćdziesiątki. Taki biznesmen, co to mu się w życiu nudzi i na pierwszy rzut oka myślisz sobie, że jesteś dla niego tanią rozrywką i wasze rozmowy będą się sprowadzać do nieprzyzwoitych żartów na tle seksualnym. Kiedy wsiadłam do jego czarnego dużego BMW (duży, czyli mam na myśli taki na wysokich kołach, co to się nie wpada tyłkiem do dołu, tylko raczej trzeba go podnieść, żeby wskoczyć na siedzenie), już wiedziałam, że zapowiada się jeszcze ciekawiej. My Dear zabraliśmy po drodze z Lęborka. Dowiedziałam się, że Marek przyjechał załatwić sprawy swojej matki, ma dwoje dzieci, mieszka w Hamburgu, coś tam wie o interesach i biznesie, ale ja się na tym nie znam, więc go nie rozumiałam gdy o tym opowiadał. Marek jest spoko facetem i mimo tego, że jest w wieku moich rodziców, mogłam mówić do niego po imieniu i nie puszył się jak przeciętna Grażyna z urzędu, którą trzeba na per Pani prosić o podanie cukru. A najbardziej w porządku wydał się już wtedy, kiedy powiedział, że on żadnych pieniędzy od nas za ten przejazd nie weźmie, bo jesteśmy takie zajebiste, a jednocześnie takie biedne, że on nie ma serca uszczuplać naszego budżetu. Także Marek okazał się super gościem. I kolejny raz wuj Google zrobił nas w ciula i zamiast być na miejscu o 20, byłyśmy o 18 i miałyśmy 3 godziny wolnego.

Promować Szczecina to ja nie będę, bo niby mówią że miasto ładne, ale jeszcze nikt nie pojechał go zwiedzać. Co należy wiedzieć o tym mieście to to, że jest tam taki pub co się nazywa piwnica. I jest to typowe miejsce dla osób, które są za wcześnie albo za późno albo dopiero przyjechały i chcą się zaadaptować w tym mieście. Klub piwnica mieści się przy ulicy Dworcowej i jest zaraz przy postoju autobusów. Aż żal tam nie zajrzeć, ponieważ atmosfera jest przednia, trunków nie brakuje, a i ceny są atrakcyjne jak na przeciętnego bezrobotnego.

DSC_2566

Mogłybyśmy tak siedzieć bez końca przy rozwodnionym kamikadze, no ale szkoda nam było tych trzech złotych za bilet do zachodniego raju. Ruszyłyśmy się i pojechałyśmy do Berlina. Na miejscu byłyśmy trochę po 23. Przemieszczałyśmy się S-Bahnem, oczywiście nie kupując biletu. Ponieważ akademickie znajomości to są dobre znajomości, zatrzymałyśmy się w domu mojej koleżanki ze studiów. Otworzyłyśmy żurek od mojej mamy, który wiozłam przez całą drogę. Wieczór minął spokojnie.

My Dear też tam kiedyś poznała kogoś całkiem spoko kto mieszka w Berlinie. Koło Berlina… A dokładniej to w Magdeburgu. Jak już byłyśmy tak blisko to głupio było nie odwiedzić. Zdecydowałyśmy się na podróż autostopem. I tutaj dla świeżaków bardzo przydatna będzie taka strona, która pokazuje, gdzie ludzie najczęściej łapią stopa.

10306075_10205232999454493_1029048153515181398_n

 

Po drodze spotykałyśmy trzech chłopaków z Ukrainy, którzy również szukali szczęścia. Oczekiwanie na okazję zajęło nam zaledwie 3 minuty – zatrzymał się taki mały samochód dostawczy. A raczej zatrzymał się mały samochód dostawczy, którym kierował Turek, a na pace miał chłodnię z toną mięsa na kabab. Turek ni w ząb nie mówił po angielsku, my umiałyśmy tylko powiedzieć dzień dobry i kurwa, tak więc gadka się nie kleiła. Mimo tego Turek bardzo chciał nam zaimponować puszczając swoje narodowe pieśni w swoim narodowym języku, które brzmiały, w bardzo lajtowej wersji, mniej więcej tak:

https://www.youtube.com/watch?v=CjdY7iDVD6c

Poza tym zadzwonił do naszej koleżanki i umawił miejsce spotkania, kupił nam po drodze kawę, poczęstował papierosem i podwiózł pod same drzwi, więc mogę powiedzieć, że dobry z niego przewoźnik kebabów był.

Witamy w Magdeburgu, mieście, o którym kompletnie nic nie wiem i kompletnie nigdy nic nie słyszałam. Mieszka tutaj Steffi. To co mogę powiedzieć o Magdeburgu to to, że weszłam do pobliskiego sklepu, zakupiłam 15 półlitrowych piw w butelce za 0,29 euro/sztuka, jakości pewnie nie najlepszej, ale ze standardowym woltażem 5,5%.

Steffi zabrała nas na imprezę do klubu, gdzie byli raczej sami erazmusi, bo każdy mówił inaczej i był to przyjemniejszy język od niemieckiego. W klubie to ja nie polecam kupować piwa, bo małe kosztowało 2,5 euro, czyli zdecydowanie nie na naszą kieszeń. Plan był taki, że miałyśmy zostać tylko na jedną noc, więc rano musiałyśmy wstać dosyć wcześnie, żeby złapać stopa na drogę powrotną. Wróciłyśmy do domu stosunkowo wcześnie, czyli koło 5.

Wrócić z tego zakątka ziemi do centrum dowodzenia Niemcami autostopem łatwo nie było. Najpierw długo krążyłyśmy nie wiedząc dokładnie, w którym miejscu jesteśmy. Następnie po bitych trzech godzinach, zrezygnowane usiadłyśmy na krawężniku. Przykułyśmy uwagę pewnego młodego człowieka.

– Co robicie tutaj dziewczyny?

– Szukamy kogoś kto jedzie do Berlina – pokazuję tabliczkę z napisem Berlin – nie wybiera się pan może?

– Nie – uśmiał się, jakbym co najmniej szukała białego jednorożca. – To nie jest najlepsze miejsce do szukania autostopu, bo Berlin nie jest w tym kierunku. Ale wsiadajcie, podwiozę was na stację benzynową, która jest na drodze wylotowej do Berlina.

Szczęście się do nas uśmiechało. Chłopak był właścicielem knajpy w Magdeburgu, miał piercing na całej twarzy, dziwną fryzurę i bardzo przyjemny głos. Opowiedziałyśmy mu o naszej podróży tutaj.

– Niestety nie mogę was zawieźć do Berlina, ale macie moją wizytówkę, tutaj jest mój numer. Jeżeli nie znajdziecie transportu do Berlina, możecie zostać u mnie na noc i jutro rano was zawiozę. Wybralibyśmy się dzisiaj na imprezę, a rano poszlibyśmy do mojej restauracji. Jeśli chcecie możecie zostać dłużej – wyciągnął rękę jakby na pożegnanie, uścisnęłam. – To macie na kawę.

Poczułam w dłoni banknot.

– Nie, nie, nie! Nie możemy tego przyjąć!

– Proszę, kupcie sobie chociaż kawę.

Nie wiem jak musiałyśmy wyglądać, ale chyba bardzo źle. Dziesięć euro od chłopaczka starczyło nam na dwa zestawy w McDonaldzie.

Na stacji benzynowej udało się złapać innego koleżkę, który podwiózł nas do kolejnej stacji benzynowej gdzieś pośrodku autostrady, gdzie było… kompletnie kurwa nic. Tam przesiedziałyśmy dobrą godzinę, aż w końcu zlitował się nad nami człowiek o karnacji ciemnej, nie mówiący nic po angielsku. Zrozumiał Berlin i city center. Ja osobiście byłam wykończona. My Dear nie lepiej. Kiedy widziałam, jak nasz kierowca jechał 130km/h jednocześnie skręcając sobie przy tym papierosa, oglądając serial i szukając zapalniczki pod siedzeniem stwierdziłam, że wolę na to nie patrzeć i idę spać. Obudziłam się na Alexanderplatz.

IMG_20150110_132532

Wieczór umiliły nam zakupy w Primarku, który znajduje się w centralnym miejscu Alexanderplatz. Był to bardzo miły akcent naszej podróży – udało mi się zakupić w promocji szalik za 1 euro, siedmiopak skarpet za 2,5 euro i majtek za 3 euro, kilka bluzek z przeceny za 1 euro każda. Zakupy uwieńczyłyśmy wypiciem różowego wina na schodach, przyglądając się ludziom idącym na imprezę, przypadkowym pijaczkom i damom w króciutkich sukieneczkach.

InstagramCapture_4c487a6b-1462-4a3e-b4e2-799f9f1d1805_jpg

Dzień trzeci, ostatni, postanowiłyśmy poświęcić na zwiedzenie Berlina. Jednak nie popadajmy w paranoję! W Berlinie, jak również w innych stolicach i większych miastach, organizowane są Free Tour. Jest to organizacja, która oferuje wycieczki po mieście bez opłat, jednak z naciskiem na zostawianie napiwków. Nie jest to koszt wycieczki, ale gest wdzięczności za oprowadzenie, opowiedzenie i przedstawienie miasta. Fajnie, fajnie, jednak nie mogłyśmy zostać na trzygodzinnej wycieczce z dwóch powodów:

1. Miałyśmy dosyć wcześnie autobus powrotny.

2. Musiałyśmy jeszcze pójść do najbardziej sławnej budy z kebabem.

DSC_2594

Mówię budy, bo jest to blaszak na kółkach spoza centrum Berlina. Kebab ten nazywa się Mustafa i kolejki do niego są na około 20-40 minut… Można trafić krócej, można trafić dłużej. Co jest takiego wyjątkowego w kebabie Mustafy? Wszystko. Zaczynając od pierwszego kęsa już wiesz, że będzie to kulinarna przygoda po świecie kebabów i utkwi Ci w  pamięci jako Twój najlepszy w życiu! Pierwszy kęs zaczyna się od przyjemnego miętowego smaku – i kończy się na słonym przypominającym w swojej intensywności fetę. Jednak! Podobno to nie feta. Resztę dopełniają grillowane warzywa, bakłażan, marchewka, cukinia, papryka, mięso jest doprawione idealnie, warzywa dobrane starannie. Całość tworzy epickie doznanie i od tego momentu jedyne co Ci przychodzi do głowy na myśl o Berlinie to kebab od Mustafy… I Primark.

IMG_20150111_124329

Oczywiście oprócz takich przyziemnych spraw jak jedzenie i zakupy, największe wrażenie zrobił na mnie pomnik Holocaust-Mahnmal (niem. Denkmal für die ermordeten Juden Europas). Nie jest to typowy pomnik. Na placu o powierzchni 19 tys. m² znajduje się 2711 betonowych bloków-steli, które w swoim rozmiarze i kształcie przypominają grobowce, różnej wielkości. Najwyższe bloki mierzą 4,7m wysokości. Na obrzeżu jego terenu rośnie 41 drzew. Między szeregami bloków znajdują się wybrukowane kostką przejścia o szerokości 95 cm. Powierzchnie bloków zabezpieczone są powłoką umożliwiającą łatwe usunięcie graffiti.

553259_10205232998134460_2653936800152216815_n

Pomnik zajmuje teren ograniczony ulicami: Ebertstraße, Behrenstraße, Gertrud-Kolmar-Straße i Hannah-Arendt-Straße.

Pod całą ekspozycją, w podziemiach, znajduje się muzeum, do którego można wejść za darmo. Muzeum jest naprawdę mocne, jest dużo zdjęć, listów, kartek, w tle słychać historię każdego zabitego człowieka. Wypada pójść i zastanowić się chwilę nad tym ogromem zbrodni.

Podsumowując, Berlin jest pięknym miastem, a zarazem dosyć drogim. Ze względu na nasz ograniczony budżet nie byłyśmy we wszystkich miejscach, do których wypada pójść, jednak na pewno jeszcze nie raz do niego zawitam, ze względu na atrakcyjne dojazdy. Szczególnie można zaplanować wyjazd w okresie przedświątecznym, kiedy rozpoczynają się targi i ekspozycje Bożonarodzeniowe.

Dobrze, więc gdzie by tu teraz?

halina