Nie od dziś wiadomo, że boję się latać. Dla mnie to jakieś takie dziwne i nienaturalne, że to wielkie żelastwo unosi się tak lekko nad ziemią! Jak to jest możliwe?

Próbowałam wielu sposobów, żeby przezwyciężyć ten strach, ale bezskutecznie. Kiedy już znajdę się na pokładzie samolotu i usłyszę dźwięk silnika – koniec! Oblewa mnie zimny pot, ręce zaczynają się trząść i nie wiem już, jak się nazywam i po co w ogóle ja głupia zdecydowałam się lecieć?!

Tak czy inaczej, ostatnio znów musiałam przekroczyć granicę państw za pomocą tego właśnie środka lokomocji. Jak się jednak okazało, nie sam lot miał być dla mnie najbardziej stresujący…

Wylot: 19:40 Ryanair z lotniska Warszawa Modlin (tak dla jasności). Znając moje wątpliwe szczęście związane z podróżowaniem, postanowiłam pojechać pociągiem dość wcześnie, bo o 16:48 z Dworca Gdańskiego. W głowie cichy głos podpowiadał mi: Przecież nigdy nic nie wiadomo…, także tym razem posłuchałam się go grzecznie. Nie chcę znowu biec z wywieszonym jęzorem, spocona i znerwicowana w poszukiwaniu swojego gate’a i modląc się w duchu, żeby mnie jeszcze wpuścili.

Ale do rzeczy! Kupiłam bilet na właściwy pociąg, upewniłam się, z którego peronu odjeżdża i wiedziałam, że mam jeszcze całą godzinę, którą mogę spędzić z moimi przyjaciółkami. Przy Dworcu Gdańskim niewiele jest możliwości wypicia piwka przed podróżą, ale na szczęście jest jedno miejsce, które przywraca nadzieję. Jest nim Bar Mariwa, o którym na pewno już wkrótce napiszę. Bo warto!

Na zegarze godzina 16:20 – Czas się zbierać – pomyślałam.
Na dworcu okazało się, że wszystkie pociągi jadące w stronę Modlina mają opóźnienie ok.15 minut. Zaczyna się – usłyszałam mój wewnętrzny głos. Na szczęście pani konduktor skierowała mnie do pociągu, który wg rozkładu miał odjeżdżać 16:30, ale przez opóźnienie będzie to jednak 16:45. Świetnie! Może jednak dojadę tak, jak zaplanowałam.”.
Pomachałam moim przyjaciółkom, wepchnęłam się w dziki tłum podróżujących i drzwi się zamknęły. Poświąteczny harmider, dodatkowe kilogramy związane z dojadaniem wigilijnych potraw, torby z pierogami, rower górski, który pan X dostał od św. Mikołaja – wszystko to umilało mi moją podróż Kolejami Mazowieckimi.

Pociąg mknął przez tory, a ja czekałam na ten piękny nagrany głos, który miał oznajmić wkrótce: MODLIN. Sympatyczny Pan konduktor skasował mi bilet i uspokoił, że już niedługo moja stacja. I tak oto sobie czekałam, ludzie wysiadali, mijaliśmy Nowy Dwór Mazowiecki, Legionowo, etc. Kiedy zobaczyłam, że jest już 17:30, a ja dalej jadę, zaniepokoiłam się nieco i zapytałam wysiadającej pani, jakaż to stacja, na co ona mi odpowiedziała: ŚWIERCZE.
Spojrzałam na mapę trasy pokonywanej przez mój pociąg (teraz było luźniej na korytarzu i mogłam się do niej dopchać) i, ku swojemu przerażeniu, zobaczyłam, że Modlin został daleko za nami, a przed nami nieuchronnie zbliżał się Ciechanów!

mazovia pl

Tak, tak, tak, wiem, co myślicie: Nie wysiadła na swojej stacji, pierdoła przegapiła Modlin, etc. Otóż nie! Wyobraźcie sobie, że pociąg się po prostu nie zatrzymał w Modlinie! Mimo iż wszyscy mówili mi, że tak będzie, mimo iż podbili mi bilet, mimo iż spieszyłam się na samolot i specjalnie pojechałam wcześniej, żeby nie doprowadzić do sytuacji, o której wspomniałam wcześniej (patrz wytłuszczony druk), to się stało. Siedzę w pociągu, którego nie mogę zatrzymać, oddalam się od mojego celu, a zegarek tyka – już 17:45!

Wyskoczyłam z pociągu na kolejnej stacji – GĄSOCIN, razem ze mną trzy kobitki. Pusto i ciemno. Chciałam pobiec do jakiejś informacji PKP, zapytać CO DO CH*** SIĘ TU STAŁO, jak teraz mam wrócić do Modlina, ale moje nadzieje roztopiły się niczym masło na rozgrzanej patelni, gdy ujrzałam drewnianą chatkę, która miała służyć za dworzec. Oczywiście światła pogaszone i głuuuuucho.
Przede mną szła jedna z tych trzech babeczek, co też tu wysiadły. Nie myśląc za dużo podbiegłam do niej i trzęsącym się z nerwów głosem zapytałam, kiedy będzie następny pociąg do Modlina (choć patrząc na ten jeden jedyny tor chyba już wiedziałam…). Jej odpowiedź nie pozostawiała żadnych złudzeń – nie zdążę na samolot! W tej mieścinie nie ma taksówek, jest 18:10, a ja jestem 50km od lotniska! Przecież nie mam szans dziś wrócić do Barcelony!

I wtedy wydarzyło się coś niesamowitego! Ta kochana pani, z którą rozmawiałam, chyba przejęta moim przejęciem, postanowiła zadzwonić do swojego syna z pytaniem, czy może by mnie nie podwiózł na lotnisko. „Ciekawe czy piwa już jakiegoś nie wypił” – powiedziała, przykładając telefon do ucha. Okazało się na szczęście, że Sebastian nie wypił piwa i mnie odwiezie!!!
Poczekałyśmy chwilę przy drodze i zaraz pojawił się samochód Sebastiana! Razem z Michałem (kolegą) pomogli mi wtaszczyć moje rzeczy do środka, uściskałam cudowną panią, która mi pomogła i ruszyliśmy! W rytmie techno zmiksowanego z disco polo mknęliśmy przez wsie i lasy, żeby zdążyć na mój samolot. Gadaliśmy sobie, śmialiśmy się, ale generalnie to się SPIESZYLIŚMY. I wiecie co, zdążyliśmy!

Jakaż była moja radość i umiłowanie dla tej kobiety ze stacji, kiedy zobaczyłam światła odlatujących samolotów! Chłopaki pomogli mi wyjąć rzeczy i odprowadzili na lotnisko! Była 19:15 – ZDĄŻYŁAM!

Podczas tej podróży nauczyłam się kilku rzeczy:
– nie ufaj konduktorom;
– 16:48 to nie jest wcześnie;
– jak ma być pod górkę to będzie;
I NAJWAŻNIEJSZE:
Nigdy nie wiesz gdzie i kiedy będziesz potrzebować pomocy i kto ci ją ofiaruje. Dziękuję!

zdjęcia: beztroskiewczasy.pl
mazovia.pl