Dlaczego Budapeszt? A dlaczego nie? Jakiś czas temu na couchsurfingu był u nas chłopak właśnie stamtąd. Bardzo się polubiliśmy i zapraszał nas do siebie serdecznie. Bilety były tanie, a mi jak psu zupa należała się nagroda za obronienie pracy magisterskiej, które, swoją drogą, myślałam, że nigdy nie nastąpi.

Budapeszt jest przepiękny i totalnie warty odwiedzenia, dlatego postanowiłam zdać na blagers relację z mojego krótkiego pobytu w tym miejscu.

W dniu obrony, po sowitym opijaniu udałam się do Warszawki, do Anuszki i Bartka, by kontynuować celebrację, a następnego dnia, tj. środa 13 stycznia wsiadłam w samolot i po jednej godzinie byłam już w Budapeszcie.

20160113_155554

Dzień pierwszy – środa,

a już praktycznie wieczór, był bardzo spokojny, choć…Węgrzy są szaleni! Przed wyjściem z domu zostałam uraczona przez mojego hosta Pálinką. Dla tych co nie wiedzą, Pálinka to „tradycyjna węgierska i rumuńska wódka owocowa o specyficznym posmaku, zależnym od składu. Produkowana z owoców śliwy, gruszy, jabłoni, moreli, czereśni oraz morwy. Zawartość alkoholu waha się od ok. 40% do nawet 70%, w zależności od tego, czy była destylowana raz lub dwa razy. Dobrą pálinkę można poznać po bąbelkach powietrza i piance po wstrząśnięciu butelką.”

Ja niczym nie wstrząsałam, ale za to porządnie wstrząsnęło mną po wypiciu shota.

Poszliśmy do jakiegoś podziemnego baru, w którym barman był… czarodziejem! Strasznie żałuję, że nie mam filmiku, albo chociaż zdjęcia, by upamiętnić chwile, gdy robił sztuczki z kartami i sznurkami. Powiem tylko tyle: magia istnieje!

Dzień drugi – czwartek.

Następnego dnia, mój host udał się do pracy, a ja wsiadłam w autobus numer 9 i pojechałam do centrum. Tam mym oczom ukazał się wielki Diabelski Młyn.

20160114_125953

Była godzina 13:00, więc miałam dużo wolnego czasu. Weszłam do Bazyliki św. Stefana, która robi imponujące wrażenie zarówno od zewnątrz, jak i wewnątrz.

Później postanowiłam przejść przez Most Łańcuchowy, łączący Peszt z Budą. Udałam się w kierunku Zamku Królewskiego, znajdującego się po drugiej stronie rzeki, czyli w Budzie.

Na moście spotkałam Chińczyka, który poprosił mnie, bym zrobiła mu zdjęcie. Skorzystałam z okazji i poprosiłam go o to samo.

20160114_151320

Zamek Królewski Buda. Aby się tam dostać mogłam skorzystać z kolejki, która wyglądała całkiem ładnie, albo po prostu wdrapać się używając jednej ze ścieżek. Biorąc pod uwagę brak pieniędzy, dużo wolnego czasu i klaustrofobię, wybrałam drugą opcję. Nie żałowałam. Starałam się wybierać takie drogi, które nie były pełne ludzi. W miarę wchodzenia, mym oczom ukazywał się Peszt, coraz piękniejszy i bardziej oświetlony przez słońce.

  • Po jednej stronie tłumy, a po drugiej nikogo..no to może ja?
  • widok na Most Łańcuchowy
  • kolejka
  • śliczny Budapeszt
  • przy zamku
  • słońce zdążyło już zajść
  • hmmmm....winda czy schody? Ciekawe, co wybrałam!

Kręciłam się w okolicach zamku jakieś 2 godziny popijając gorącą kawę, po czym zaczęłam schodzić.

Po drodze natknęłam się jeszcze na kilka kwiatków, wartych pstryknięcia fotki.

20160114_161034

Myślałam, że takie autobusy, to tylko w Ustce!

20160114_161440

A to sufit.

20160114_161554

A to podłoga.

20160114_161738

20160114_162049

20160114_163425

Zbliżała się 17:00, więc udałam się do jakiejś knajpki, by oczekiwać tam na Martina. Martino przybył ze swym kolegą, Peterem, który zaprosił nas na kolację. Budapeszt jest duży, a Peter mieszka na końcu świata. Jednak po kilku autobusach, tramwajach i biegach, byliśmy w końcu na miejscu.

Peter ma fajnego węża i dobrze gotuje. Kolację zaczęliśmy robić razem, ale szybko okazało się, że lepiej będzie, jeśli zajmie się tym wyłącznie szef kuchni. Po kilku minutach jedliśmy pyszne dumplingi, popijając wino?, martini? palinkę?  Już sama nie wiem.

20160114_205048

Wiem za to, że przed wyjściem wypiliśmy po maleńkim shociku Stroha – austriackiego 80% rumu.

20160114_211346

Teraz to dopiero nas wykręciło. Ale przynajmniej rozgrzało. A tego było nam trzeba, bo przed nami długa droga – powrót do centrum!

Poszliśmy do klubu Morrison’s 2. Klub jest przeogromny, ma 6 parkietów z różną muzyką, więc każdy może znaleźć coś dla siebie. Świetnie bawiłam się tej nocy. Nawet nie wiem, do której tam byliśmy, ale wiem, że następnego dnia bardzo ciężko mi się wstawało, gdy mój budzik zadzwonił o 12:00.

Dzień 3 – piątek

Tym razem uwieczniłam widok z okna.

received_10153882849203158

Pogoda póki co dopisywała.

Ta sama historia. Autobus nr 9 i jazda do centrum. Z małą jednak różnicą. Na jednym z przystanków pewien staruszek o kulach miał duży problem, by wejść do autobusu, więc jeden z pasażerów pospieszył mu z pomocą. Siedziałam z brzegu, więc szybko ustąpiłam staruszkowi miejsca i stanęłam obok. Mężczyzna usadowił staruszka na siedzeniu, po czym lekko się oddalił. Staruszek coś tam mruczał pod nosem. Myślałam, że to słowa podziękowania, jednak po chwili mężczyzna odpowiedział mu w dość agresywny sposób, na co staruszek w jeszcze bardziej agresywny. Wydedukowałam, że chyba zachodzi między nimi mała różnica zdań. Przez 20 minut jazdy panowie kłócili się, wszyscy się na nich patrzyli, niektórzy uśmiechali się pod wąsem, ale nikt nie komentował. Bardzom ciekawa o co im poszło. Niestety, nie mówię po węgiersku.

Z Kaśką, moją siostrą, która tego właśnie dnia przyleciała do Budapesztu umówiłam się na OKTOGONIE, co w języku węgierskim oznacza ośmiokąt, na wielkim placu w kształcie właśnie ośmiokąta.

Było zimno. Co mogłyśmy więc robić. Naturalnie poszłyśmy do miłej knajpki z widokiem na bazylikę w celu napicia się grzanego winka. Potem głód kazał nam szukać miejsca z dobrym jedzonkiem. Po długich poszukiwaniach poszłyśmy na pizzę. Do tego oczywiście... Palinka! Smakowa tym razem. Kaśka pokusiła się o truskawkową, a ja o wiśniową.

20160115_153059

„Pyszna”, to zdecydowanie złe określenie. Rada, którą dostałyśmy od kelnera: „nie wąchać, nie myśleć, wypić na raz”. Kurde, jakie to jest mocne! Wódka się przy tym chowa. Następnie do pizzy zamówiłyśmy piwo. Średnio węgierskie, bo belgijskie.

20160115_154037

Sympatyczny kelner poinformował nas, że po wypiciu trzech, zobaczymy prawdziwego różowego słonia! Kuszące, ale jednak skończyłyśmy na jednym.

Potem krótki spacer i czekanie na Martino pod bazyliką. Nasz host zabrał nas do baru, którego nazwy nie pamiętam, a w którym to można było zamówić wino białe zmieszane ze słodką wodą gazowaną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że poza rozmiarem standardowym, serwowano to także w rozmiarze XXL, a za szklanki służyły plastikowe wiadra…

20160115_172315

Moja mama kupuje w takich kapustę kiszoną!

20160115_180351

No ale bardzo dobrze, że nic się nie marnuje!

Po dodaniu sobie energii kolejnym napojem wyskokowym, udaliśmy się dłuuugą ulicą w stronę Placu Bohaterów, zwanego także Placem Tysiąclecia. To jeden z największych placów Budapesztu. Jest naprawdę ogromny, aż ma się ochotę po nim pobiegać!

20160115_192422

A oto i tytułowi bohaterowie.

received_10153882849538158

received_10153882849708158

20160115_192355

Koń aż się prosił o buziaka!

Po drodze mijaliśmy  jedno z największych lodowisk, jakie kiedykolwiek widziałam. Staliśmy tam i obserwowaliśmy tych wszystkich ludzi, próbując wyłapać kogoś, kto się wywróci.
20160115_193217

I udało się!

20160115_192834

W domu u Martino zjedliśmy pyszną kolację, składającą się z tostów, parówek i grzybów. Do naszej ekipy dołączył nasz kochany polski wariat, zwany przez świat Szafrą lub Samosą. Teraz już w komplecie mogliśmy udać się na kolejny podbój miasta. Pojechaliśmy, o i tu warto wspomnieć o sposobie „podróżowania” naszego coucha. Otóż, pomimo że w Budapeszcie są ponoć bardzo częste kontrole, Martino postanowił nie być częścią systemu i nigdy nie kupuje biletu. Także podczas jazdy tramwajem, czy autobusem zamienia się w „kontrolera kontrolerów” i na każdym przystanku obserwuje każdego, kto wsiada, upewniając się tym samym, że możemy jechać dalej, a nie na przykład wysiadać w popłochu. Poza tym, Martino ma zwyczaj chodzenia środkiem ulicy. Możemy iść sobie grzecznie chodnikiem i rozmawiać, po czym, jak gdyby nigdy nic, Martino wchodzi na ogromne skrzyżowanie pełne pędzących samochodów. Mi i Kaśce to nie przeszkadzało, za to Szafra przeżywała mały zawał za każdym razem, gdy znajdowaliśmy się na ulicy lub w jakimkolwiek środku transportu bez biletu. Ach, jakie to było urocze!

Tak więc wracając do opowieści, pojechaliśmy do baru Humbak Muvek, w którym byli znajomi Martino z pracy. Opiliśmy się tam niesamowicie ichnim winem z wodą gazowaną. Później, w drodze na imprezę, ktoś wpadł na „genialny” pomysł, by kupić butelkę

Jägermaistera i wypić ją po drodze. Jako, że wszyscy byli już pijani… nikt nie protestował. Tym razem udaliśmy się do Fogashaz, jednego z popularnych ostatnio w Budapeszcie Ruin Barów.

Ruin Bar to opuszczony budynek przemieniony w bar/klub, a przedmioty znajdujące się w środku często pochodzą z ulicy lub zostają przyniesione przez ludzi. Wyróżnia je więc różnorodność przedmiotów, oryginalność i totalny brak spójności, który tworzy świetną spójność. Pamiętacie mój artykuł o Heaven w Barcelonie? Typowy Ruin Bar jest 20 razy większy i jeszcze 20 razy bardziej cool.

haz4

haz6

kert1

Dla mnie bomba. W każdym pokoju/mieszkaniu inny typ muzyki, dużo barów, przystępne ceny i zabawa… do rana! Trochę bym skłamała, gdybym powiedziała, że pamiętam powrót do domu…

Dzień 4 – sobota

Następnego dnia, zrobiliśmy sobie mały pojedynek typu „kto będzie spał najdłużej”. Martino wygrał śpiąc do 12:30, ale ja za to plasowałam się na drugim miejscu. Po szybkim oporządzeniu się udaliśmy się na śniadanko do cukierni Don Bosco. Na stole mieliśmy milion bułeczek o różnym nadzieniu i smaku, niektóre z czekoladą, a niektóre ze szpinakiem, kapustą, czy ziemniakiem! Były przepyszne, tylko nie mogliśmy się potem ruszać.

received_10208646184738672

to

Cukiernia należy do taty Martino i poza pysznymi bułeczkami, znaleźć tam też można czekoladki, marcepanowe figurki i śliczne pudełeczka.

  • zegarki też robią
  • pudełeczka na czekoladki
  • dziewczyny zaklepują stolik
  • marcepanowe figurki
  • czekoladki omnomnom

Gdy już nabraliśmy sił, mogliśmy ruszać dalej. Typowym sposobem naszego przewodnika szliśmy sobie torami czekając, aż coś nas przejedzie. Po chwili naszym oczom ukazał się tramwaj numer 17. Powiedziałabym, zwykły tramwaj, ale nieeee. Jak się okazało, był to nowy tramwaj, a my mieliśmy zaszczyt być pasażerami pierwszego kursu. To było jakieś szaleństwo. Wszyscy, nie przesadzam, wszyscy ludzie na ulicy się oglądali i robili zdjęcia! Napisali o tym nawet w przewodniku „Buda”! Cóż za wydarzenie!!! Stałyśmy się częścią historii. Niestety chwila chwały szybko minęła i trzeba było wysiąść.

Tego dnia udaliśmy się na ten sam zamek, na którym byłam wcześniej sama, z tą różnicą, że tym razem obeszliśmy go wzdłuż i wszerz, znajdując się w miejscach, które jakimś cudem wcześniej ominęłam.

5

2
6

7

A to Peszt widziany z Budy.

8

9

it

10

Szafra ucieszyła się na widok śniegu. Zapomniała, że w Polsce ma go znacznie więcej.

to

Bosses!

13

W oddali po prawej stronie widać Cytadelę. Byliśmy wysoko, ale to właśnie stamtąd ponoć widać wszystko najlepiej.

Martino mówił, że fajnie jest trafić na moment, w którym zapalają się wszystkie światła na mostach, na parlamencie, itp. Udało nam się być tego świadkami i rzeczywiście, świetny efekt. Zdjęcia tego nie oddadzą, a gdybym zrobiła filmik, straciłabym czar chwili, dlatego wierzcie mym słowom i po prostu zobaczcie to na własne oczy.

Zeszliśmy na dół, by napić się czegoś gorącego, po czym znów zaczęliśmy wspinaczkę, tym, razem na Cytadelę. Widok stamtąd zapiera dech w piersiach. Serio, muszę przyznać, że nienawidzę jak jest mi zimno, ale z takim widokiem przed oczami, to totalnie nie ma znaczenia.

1

2

3

Budapeszt jest śliczny! Te mosty, te światła, coś wspaniałego! Mogę sobie jedynie wyobrazić jak cudownie musi tu być w maju!

Dygresja…dupka

Taka tam historia. W piątek Martino, wypruwając sobie żyły w pracy, natrafił na bardzo zabawne zdjęcie, które stało się naszym, jakby to powiedzieć, motywem przewodnim, stałym żartem, stróżem. Nie wiem, ale od tej pory w każdym słowie i w każdej sytuacji widzieliśmy… dupę.

received_10153884428888158

…także tak…

A z takich ładniejszych zabaw, to bawiliśmy się w zgadywanie koloru teatru. Bo widać stamtąd teatr, którego oświetlenie co parę sekund zmienia kolor. Może więc być czerwony, biały, niebieski, różowy, fioletowy, biały, zielony, czerwony i tak dalej, i tak dalej. Zamykaliśmy oczy i każde z nas mówiło szybko jakiś kolor, po czym patrzyliśmy na teatr i wygrywał oczywiście ten, kto zgadł. Mi, co prawda, nie udało się ani razu, ale nie straciłam za dużo, bo nagrodą było po prostu… przekonanie.

Czas naglił i trzeba było znowu złapać szybko jakiś środek transportu, by dostać się na drugi koniec Pesztu. Rodzice Martino zaprosili nas na obiad. Cudowna rodzinka!

received_10208651156062952

Zjedliśmy pyszny krem warzywny, placki i wiele innych rzeczy, które były na stole. Stół! Stół był super. Okrągły, a w jego środku było kolejny „mini stół” na podwyższeniu. Tak więc niżej stały nasze talerze i szklanki, czyli rzeczy, które się nie ruszały, a na górze jedzonko, którym można było kręcić i kręcić. Świetna sprawa. Chcę taki stół w moim przyszłym domu!

Tata Martino jest właścicielem cukierni, w której byliśmy tego ranka. Ma swój warsztat i robi tam naprawdę piękne rzeczy. Mogłyśmy się o tym przekonać, bo podarował nam śliczne pudełeczka, wykonane własnoręcznie z czekoladkami w środku.

12665627_10204170856791329_186805005_n

Czekoladki to już legenda, ale pudełeczka są.

Później pomagałyśmy Karolinie – siostrze Martino, odrobić lekcje z hiszpańskiego i zastanawialiśmy się jak Włosi odbierają telefon, kiedy mają zajęte ręce. Przecież ruch rąsi musi być zachowany!

… jestem zmuszona zamieścić krótki filmik instruktażowy…

Śmiechu było co niemiara!

Wieczór znów miał charakter raczej imprezowy. Pojechaliśmy na domówkę, na której znów zostałyśmy uraczone Palinką i innymi trunkami. W stanie już bardziej niż wskazującym udaliśmy się do klubu Hello Baby, znajdującego się tuż przy Oktogonie. Tam to była impreza! Super wielki parkiet, świetna muzyka, a wystrój całości przypominał opuszczone zamczysko. Późno, oj późno wróciliśmy do domu.

Dzień 5 – niedziela

Następny dzień postanowiliśmy spędzić spokojnie. Rano zjedliśmy śniadanie w Don Bosco, po czym mieliśmy ambitny plan, by udać się do Domu Terroru. Chcieliśmy i wyczekiwaliśmy bardzo tramwaju nr 17, jednak niestety musieliśmy zadowolić się jakimś standardowym, na który przechodnie nie zwracali już żadnej uwagi.

Weszliśmy do muzeum, jednak bilety okazały się być droższe, niż sądziliśmy, więc zarządziliśmy odwrót. Zamiast tego, poszliśmy do bufetu libre, w którym płaci się raz i można jeść ile dusza zapragnie!

20160117_142342

Wygląda na to, że smakowało.

Żeby nie było, że nic nie zwiedziliśmy, Martino zabrał nas do najstarszego Ruin Baru w Budapeszcie o prostej nazwie Szimpla. Woooow! Jeśli takie wrażenie robi w ciągu dnia, naprawdę chciałabym przyjść tu nocą. Mnóstwo kolorów, siedzenia zrobione z wanny, stoły w samochodzie, to tylko kilka z wyróżników tego miejsca. Zresztą, zobaczcie zdjęcia!

received_10153885484403158 - Kopia

received_10153885484633158 - Kopia (2) - Kopia

received_10153885484763158 - Kopia

received_10153885485143158 - Kopia

received_10153885485533158

received_10153885485913158

received_10153885486653158

received_10153885488078158

received_10153885489038158

received_10153885487378158

Fajny, co?

Po Szimpli, odprowadziliśmy Szafrę na metro, gdyż bidulka, musiała już wracać do domu, a my udaliśmy się do domu na leżakowanie przy „Różowej Panterze”.

Zwieńczeniem wyjazdu był wypad na ostatnie piwo do otwartego 24h baru-mordowni o wdzięcznej nazwie Sissy. Trzy stoły na krzyż, szafa grająca, brak ogrzewania i węgierskie disco polo, to to, czego nam było trzeba. Choć zabawa była przednia, czuliśmy, że wkrótce trzeba się pożegnać.

received_10156448681970321

Niestety wycieczka musiała się kiedyś skończyć. Następnego dnia o 4:00 miała miejsce pobudka, taksóweczka i lotnisko. Nie mogło się oczywiście obyć bez przygody. Nie wiem dlaczego byłyśmy z Kaśką przekonane, że mamy strasznie dużo czasu, więc na spokojnie zaszłyśmy jeszcze do sklepu. Ja do jednego po magnes, a Kaśka do drugiego po wodę. Potem nie mogłyśmy się znaleźć. Zaczęłam pomalutku kierować się w stronę gate’u, gdy zobaczyłam na środku lotniska wymiotującą dziewczynkę i jej tatę stojącego obok, obładowanego plecakami i rozglądającego się z przerażeniem szukając pomocy. Podbiegłam więc szybko i zapytałam co robić. Przyniosłam mu serwetki z kawiarni i wtedy poprosił mnie, żebym pobiegła do jego gate’a i poprosiła, by na niego poczekali, bo to już niby była jego godzina odlotu. Pobiegłam więc co sił w nogach, lecz okazało się, że tam są jeszcze wszyscy w lesie. Długa kolejka, więc pan z córeczką za chwilę przyszli, podziękowali i ustawili się w rzędzie. Mój gate był tuż obok i nikogo tam nie było. Czekałam na Kaśkę, gdy podeszła do mnie pani z gate’a i powiedziała, że już wszyscy pasażerowie są w samolocie i czekają tylko na nas. Kaśka, niczego nieświadoma, wracała sobie lekkim krokiem z kibelka. Lekki krok szybko zamienił się w bieg. Wpadłyśmy do samolotu przepraszając i czując na sobie nienawistne spojrzenia pasażerów. Do dziś zachodzę w głowę, cóż za zawahanie czasoprzestrzeni miało tam miejsce. Miałyśmy mieć tyyyle czasu. No cóż, widać nie nam jest pisane spokojne podróżowanie.

Zazwyczaj witane przez nas z uśmiechem lotnisko, tym razem powitałyśmy z ponurą miną. Cudownie być w cieplutkiej Barcelonie, ale smutno nam było na myśl, że to już koniec wycieczki.

Podsumowanie:

Budapeszt jest piękny

Budapeszt nigdy nie śpi

W Budapeszcie nie będziesz się nudzić

W Budapeszcie ludzie mówią po angielsku

Do Budapesztu wrócę!