Włoska knajpka w modnej dzielnicy wielkiego miasta Warszawy. Wybieramy z moją przyjaciółką Natalią „coś małego do pogryzienia” przy prosecco, coby się za bardzo nie zrobić, bo to środek tygodnia i w ogóle, jak to tak bez jednego nawet liścia sałaty.

– Dzień dobry, chciałybyśmy coś małego do pogryzienia przy prosecco.
– Małże, ośmiornice, kalmary, ostrygi? – rzecze Pan Kelner, chudy, acz sympatyczny młodzian o rozbieganym spojrzeniu i długich kończynach.
– Eee, a gdyby tak mniej wykwintnie…to może carpaccio. Ale, surowizna o tej godzinie niekoniecznie… – debatujemy głośno.
– To polecam BRUSZETTĘ – proponuje rezolutnie Pan Kelner, zerkając z ukosa zza okularów połówek.
BRUSKETTĘ. – poprawia Natalia.
– No tak, mają panie tę BRUSZETTĘ w czterech odsłonach, kromkach znaczy. Z kawiorem, szynką, kozim serem…
BRUSKETTĘ.
-…i gęsimi wątróbkami. To podać BRUSZETTĘ?
– Przepraszam, że zwracam panu uwagę, ale poprawnie wymawiamy BRUSKETTA. Dlaczego pan się tak upiera przy swoim? To niby włoska knajpa, więc chyba powinno obowiązywać poprawne nazewnictwo.
A, BO TAK LUBIĘ! BRUSZETTA! – wrzaśnie kelner i obraca się na pięcie.
Zostajemy zdębiałe przy stoliku, ja na fali skołowania zamawiam w końcu „vinodelacasadomowe” i talerz przekąsek.

Nie chodzi o snobizm. Tylko, jakie pojęcie o włoskiej kuchni może mieć personel w tym miejscu ( plus kucharz), gdzie teoretycznie lampka wina musującego kosztuje 18 zł?
I, czy „antipasti” jest dla ludzi, którzy nie cierpią makaronu?