Każdy jest potencjalnym mordercą,
tylko jego żądza mordu ukryta jest pod powierzchnią obowiązujących norm zachowania społecznego
.

Antoni Kępiński

     Nie mogłem chyba wymarzyć sobie lepszego miejsca, by zgłębiać swoje zainteresowania. Miasto to przypominało starego człowieka. Pomarszczone ulice, zaniedbane domy, a przede wszystkim regularny i przewidywalny czas życia.

1

     Przebudzenie następowało chwilę po czwartej rano. Zaczynało się od tych, którzy dojeżdżali do oddalonego o niespełna dwadzieścia pięć kilometrów wielkiego miasta. Cel ich podróży był różnorodny i niewiele mnie obchodziło, czy jadą właśnie do pracy, na uczelnię, czy po towar do sklepu. Istotnym był fakt, że ich aktywność psychofizyczna nie pokrywała się z moją. Nasze doby różniły się dniem i nocą, a czas pracy nijak się miał do siebie. Nigdy nie miałem chęci do pracy, nauki, życia w powszechnie akceptowanych normach czasowych. Byłem introwertykiem zajmującym się własnym światem i zainteresowaniami. Gdy uwolniłem się od obowiązków szkolnictwa, moja pasja do pracy w nocnej ciszy i samotności przerodziła się w styl bycia. Tak jak przyciągał mnie mrok wskazujący na moje upodobania i wiążące się z nimi przeznaczanie, tak przeznaczenie przywiodło mnie do tego miasta. Miasto, które zasypiało za każdym razem o tej samej godzinie. Zatrute i zamknięte na rozwój. Przesączone zawiścią po najdrobniejszy kamień, najgłębszy kawałek gliny. Bez względu na porę roku, gdy mijała godzina dwudziesta druga, miasto umierało. Nie było widać żywego ducha poza pracownikami kilku sklepów całodobowych, czy podpitymi jednostkami wracającymi do domu lub mieszkającymi właśnie na ulicy. Również dni wolne od pracy i weekendy rządziły się tą zasadą pominąwszy niedzielę, gdzie bogobojni mieszkańcy spotykali się w świątyni, przywdziawszy wcześniej maski uprzejmości i życzliwości. Były to maski, którym niewiele trzeba, aby pękły. Wiele słyszałem opowieści i niejednokrotnie miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak wiele jest w tych ludziach jadu, nienawiści i zwierzęcych instynktów. W końcu miasto to przyciągało prostych ludzi, szukających prostej pracy w miejscowej hucie szkła i stolarni. Napływali z odległych wiosek, mamieni korzystnymi warunkami zatrudnienia, mieszkaniami socjalnymi i opieką zdrowotną. Jednak gdy huta upadła, wielu z nich pozostało bez środków do życia, a co głupsi bez szansy na przetrwanie. Strach, zawiść, kolesiostwo, konfidencja przebudziły pierwotne, neandertalskie instynkty. Ludzie dosłownie zagryzali się na ulicach. Na kilka okolicznych pubów podobno istnieje tylko jeden, w którym nie doszło do jakiejś tragedii czy strzelaniny. Gdy ci bardziej charyzmatyczni, silniejsi i brutalniejsi skupili wokół siebie wystarczającą liczbę osób, by zastraszyć resztę, nastało coś, co tylko powierzchownie przypominało ład i porządek. Neandertalczyk, który się przebudził, nie odszedł, jedynie został przyćmiony i zastraszony, lecz gdy tylko miał okazję, przypominał o sobie, toteż zanim nastały „spokojniejsze czasy”, polało się jeszcze wiele krwi. Miejscowi mówią, że prawdziwy kres wszystkiemu położył przyjezdny tajemniczy człowiek, który przywiódł zapisane w dziwnym języku manuskrypty. Owe pisma zdradzały wierzenia w jakieś mroczne istoty, podróżujące po odmętach kosmosu, a opisane rytuały dały pretekst aktualnym hegemonom na usunięcie niewygodnych osób z grona opozycji. Wydarzenia te miały miejsce koło roku 1898; nikt nie zna dokładnej daty, ponieważ po szalejącym pożarze w listopadzie 1951 roku, który zaczął się od huty szkła, a objął całe miasto, nie ostało się żadne pismo, pamiętnik czy choćby notatka wspominająca czasy mrocznych rytuałów i masowych mordów wykonywanych jawnie za przyzwoleniem samozwańczej władzy. Można by rzec, że po mieście nie zostało żadne namacalne wspomnienie. Jedyne co pozostało, to legendy prostych ludzi.


Wieczorem, gdy spaceruję ulicami, czuję jak energia wibruje i miesza się przejawiając swoją obecność poprzez gęstniejące i rozrzedzające się powietrze. Skupiony na wstęgach energii, przecinając je jak zapuszczony korytarz pełen pajęczyny i kurzu, prawie nie czuję ohydnego fetoru tego rozkładającego się od wewnątrz miasta. Ilość negatywnej energii jest tak obfita, że nawet taki laik w dziedzinie okultyzmu jak ja, nie miał problemu z osiągnięciem zamierzonego efektu podczas prostych zaklęć czy rytuałów. Mój wewnętrzny rozwój przebiegał wyjątkowo szybko. Po zaledwie czterech miesiącach od zamieszkania w Oxavoid, mogłem zmusić serce dowolnego czworonoga, by się zatrzymało. Z początku nie dowierzałem, że jestem w stanie to zrobić, spodziewałem się raczej zadania bólu, niż całkowitego uśmiercenia; i tak przez przypadek (a raczej przez niedowierzanie w samego siebie) zabiłem sukę mojego ojczyma. Ciekawe, że większość ludzi udaje dobrych, będąc tak naprawdę okrutnymi, pozbawionymi człowieczeństwa istotami. Ja wiem, że jestem dobrym człowiekiem, nazbyt dobrym jak na ten świat, dlatego właśnie chcę dokonać niemożliwego i zaburzyć dotychczas przyjęty ład i porządek. Dobro nie przejawia się w dzieleniu się posiłkiem, czy w pomocy potrzebującym to są ludzkie odruchy, których trzeba uczyć prostaków poprzez wiarę, czyli coś, czego nie rozumieją, ale czego zmuszeni są się pilnować, ponieważ zagraża im znad niezrozumianej dla nich przestrzeni. Dobro wymaga poświęcenia, całkowitego oddania i ofiar. Łatwo być złym; pozwala to na szablonowe myślenie i daje proste rozwiązania dla większości sytuacji, a sumienie przestaje doskwierać, gdy ma się na wszystko wytłumaczenie. Rozwijałem swoje umiejętności i ćwiczyłem na umysłach o niezwykle słabej woli, których tutaj było pod dostatkiem. Tak jak wspomniane przeznaczenie pokierowało mnie właśnie tutaj, tak dom, w którym ostatecznie zamieszkałem, zdawał się mnie pożądać zachęcając inkantacjami zrozumiałymi jedynie dla mnie. Z zewnątrz wyglądał jak przeciętny, zaniedbany, piętrowy bliźniak z wysokim poddaszem, ale wewnątrz był o wiele bardziej żywy. Szepty między oknami, piskliwe, bolesne wyznania starych, drewnianych schodów, poddasze skrywające sterty rupieci, w których chaosie tylko ja potrafiłem się rozeznać i piwniczny mrok dudniący w oczodołach, odbijający się gdzieś z tyłu głowy, przywołując nieznane dotąd wspomnienia. Dla pozostałych domowników były to jedynie odgłosy starego domu; ja słyszałem wszystko to, co pochodziło nie z tej sfery istnienia.


Wprowadziliśmy się w 18 września 1999 roku. Jakże zabawne wydało mi się, gdy po wymianie starych elementów na nowe i po gruntownym remoncie dom nie zaprzestał swoich często pretensjonalnych „rozmów”. Na tydzień przed świętem Wszystkich Świętych poczułem, że dom chce „porozmawiać” wyłącznie ze mną. Odpowiednia okazja przydarzyła się już dwa dni później, gdy moja matka ze swoim mężem wyjechali na północny wschód kraju, by odwiedzić rodzinę przed samymi świętami, zanim zrobi się największy tłok na drodze. Z początku matka wydawała się być zaniepokojona faktem, iż zostanę sam w domu, gdyż miałem dopiero piętnaście lat, jednak uspokoiłem ją z uśmiechem zapewniając, że sobie poradzę i zadbam o dom i zwierzęta. Mimo młodego wieku, byłem wyjątkowo dorosły, co napawało mego ojczyma przerażeniem zdawałem sobie sprawę, że uważa mnie za wynaturzenie. Ojczym był prostym, by nie powiedzieć, że wręcz prostackim człowiekiem, prawdziwym gburem, któremu wszyscy mieli zejść z drogi i słuchać w każdym calu. Nie ukrywałem swojego zdziwienia wyborem jakiego dokonała moja matka, gdyż jej poprzedni mąż, a mój ojciec, był człowiekiem inteligentnym o dość złożonej naturze, aczkolwiek ciekawym, oczytanym i intrygującym. Być może zapragnęła spokoju i stabilizacji jaką znalazła u boku poczciwego pracownika ochrony. W każdym razie zainteresowania, a właściwie ich brak ze strony owego mężczyzny, przełożyły się na nas wszystkich. Dawniejszy dom był pełen ciekawych rozmów, a kształcenie umysłu przez sztukę, poprzez wyjazdy do teatru, muzeów, na wystawy były normą. Teraz główną rozrywką była telewizja satelitarna, nad którą władzę autorytarną miał ojczym. Mimo, że nasz styl życia zmienił się diametralnie, nigdy nie wyraziłem swojego sprzeciwu. Korzystałem z braku uwagi wobec mojej osoby i zgłębiałem swoje zainteresowania okultyzmem i czarną magią, do których miałem dostęp dzięki antykwariatom i bibliotekom, a później dzięki internetowi. Na moje szczęście kapitalizm i ignorancja pracowników pozwoliła mi obcować z literaturą, której nikt o zdrowych zmysłach nie wypożyczyłby lub nie sprzedałby dziecku. 


Tego samego wieczoru, gdy pożegnałem matkę i ojczyma, koło godziny dwudziestej trzeciej, szedłem do kuchni zrobić sobie późną kolację, posłyszałem dziwny dźwięk na pierwszym piętrze. Dziwne dźwięki były rzeczą normalną, toteż postanowiłem najpierw zaparzyć sobie herbaty, zanim przystąpię do „rozmowy” z domem. Na głos zapytałem, czy dom również się czegoś napije, wydawało mi się to naturalne i w dobrym guście. Odpowiedział mi jedynie płomień, który buchnął pod czajnikiem postawionym na kuchni gazowej. Tego typu i tak śmiałe wydarzenia miały miejsce jedynie w mojej obecności, gdy pozostawałem sam. Podczas gdy woda się gotowała, przyrządziłem sobie skromny posiłek, który zjadłem zanim czajnik zdążył zagwizdać. Udałem się z herbatą na pierwsze piętro do miejsca, gdzie zdawały się dobiegać uprzednio zasłyszane odgłosy. Nie zdziwiło mnie, że dźwięk dobiegał z mojego pokoju. Stolik, przy którym pracowałem, przesunięty został na środek pokoju, był oświetlony słabym górnym światłem ze zwisającej na kablu żarówki. Na stoliku nie znajdowało się nic poza czystym pergaminem, pustym kałamarzem z wsuniętym weń gęsim piórem i dziwnie zakrzywionym nożem o pięknym i misternie wykonanym zdobieniu. Postawiłem herbatę na stole, przysunąłem stojące obok krzesło i usiadłem naprzeciw leżących przedmiotów. Wiedziałem co i jak należy zrobić, by rozpocząć konwersację. Podniosłem nóż i dokładnie się mu przyjrzałem. Było to narzędzie rytualne, tak zwany Athame, obosieczny nóż, podstawowe narzędzie rytualne w religii Wicca. Ostrze miało długość nieco ponad siedem cali i w całości pokryte było topornymi, acz doskonale rozplanowanymi runami. Rękojeść była drewniana koloru czarnego z osadzoną wewnątrz nefrytową figurką przedstawiającą jakąś pozaziemską istotę. Istota była humanoidem o głowie przypominającej ośmiornicę, a z jej pleców wychodziły ogromne nietoperze skrzydła. Wtedy to pierwszy raz mym umysłem zawładnął niezrozumiany niepokój. Ciekawość przezwyciężył strach, od patrzenia na figurkę dostawałem gęsiej skórki, a mój umysł wypełniał się panicznym, histerycznym przerażeniem, wywodzącym się z jakiegoś pierwotnego źródła, zapomnianego przez eony ewolucji. Zdecydowałem odłożyć to spotkanie na jakąś późniejszą chwilę, która wiem, że trwałaby nieskończenie, jednak nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu, nawet oddychanie sprawiało mi trudność. Zimny pot napłynął mi do oczu, a ja dalej przygarbiony wpatrywałem się w nefrytową figurkę. Pot szczypał w oczy, które zaczęły łzawić, obraz się zniekształcił; zacisnąłem powieki, a wymieszane krople potu i łez opadły jak drobne kamienie ze skalnego posągu, jakim się teraz czułem. Z zamkniętymi oczami, mechanicznie chwyciłem nóż za rękojeść, drugą dłonią zacisnąłem ostrze, szarpnięciem rozciąłem skórę, o dziwo nie czując przy tym bólu. Otworzyłem oczy, a moja rozcięta dłoń była już nad kałamarzem wypełniając go krwią. Z następnych chwil niewiele pamiętam poza dziwnym odczuciem zimnej, ciemnej, kosmicznej otchłani jaka ogarnęła wszystkie moje zmysły, a gdy się ocknąłem przede mną widniała zapisana moją własną krwią wiadomość.

2

Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to niespotykanie piękny styl pisma, który w żadnym wypadku nie należał do mnie, drugą rzeczą był przyjazny, porozumiewawczy ton listu. Jego treść była następująca:

Drogi Noah,

wybacz, że nasza pierwsza rozmowa musiała przebiegać w tak stresujących dla Ciebie okolicznościach, uwierz proszę, gdyby możliwy był inny sposób, nie omieszkałbym z niego skorzystać. Najsampierw pragnę Ci szczerze podziękować za możliwość kontaktu i otwartość umysłu na wspólną konwersację. Nie wyobrażasz sobie jak cudowne uczucie mnie ogarnęło, gdy po wielu latach samotności miałem wreszcie okazję skontaktować się z drugą istotą. Raz jeszcze przepraszam Cię za przejęcie Twojego ciała, jak już wspominałem, nie było innego wyjścia. Liczę, iż mnie zrozumiesz i zechcesz wraz ze mną poznać to, czego proste istoty boją się nad wszelką miarę, a co dla nas jest piękną kwintesencją sprawiedliwości. Nad wyraz rad jestem z wspólnego spotkania i możliwości jakie się przed nami otwierają. Udało nam się nawiązać pierwszy kontakt, więc od tej chwili będzie nam prościej się komunikować. Oczywiście jeśli pozwolisz i w dalszym ciągu będziesz pragnął zrozumieć obszar Twoich i moich zainteresowań.

Albert

Zrozumiałem wtedy, że uczucie niewładności nad ciałem nie było ułudą, całe to odrętwienie, mechaniczne ruchy, nie należały do mnie moim był jedynie horror wewnątrz którego zostałem zamknięty, z którego nie miałem szansy się wydostać. Czytałem list wiele razy, nie odczuwając w nim nic, co mogłoby negatywnie wpłynąć na mój odbiór tej nienamacalnej drugiej osoby. Wciąż targany emocjami, z powracającym wspomnieniami kosmicznej pustki, mokry od potu, schowałem przedmioty biorące udział w tym drobnym rytuale, przestawiłem stolik na swoje miejsce i poszedłem wziąć długą, gorącą kąpiel.

Część II KLIKNIJ