Część II KLIKNIJ

Szyby w oknach były powbijane i częściowo pozabijane deskami. Zachowało się rzeczywiście niewiele, dach zapadł się odcinając dostęp do drugiego piętra. Przeszedłem przez wejściowe, drewniane wielokrotnie wyłamywane drzwi. Powoli przechodziłem od pomieszczenia do pomieszczenia o dziwo wewnątrz poza aktami wandalizmu i pozostałościami po licznych libacjach nie było śladu by ktokolwiek przebywał dłużej w tym budynku. Myślałem, że natknę się na jakieś męty zamieszkujące ruiny tymczasem nie było tu żadnych rezydentów a nawet śladów by ktokolwiek kiedykolwiek wpadł na pomysł zaadaptowania przestrzeni. Doszedłem do biblioteki, w której znajdowało się wiele absorbujących tytułów niestety warunki w jakich przebywały księgi zniszczyły je prawie doszczętnie. Z tej pięknej kolekcji zachowało się jedynie parę sztuk. Przeglądając półki w poszukiwaniu wskazówek i co ciekawszych ksiąg poczułem silny mroźny podmuch wiatru. Ciągnęło od ściany za znajdującymi się tomami wiedzy, pozrzucałem książki na ziemię i zdjąłem drewniane półki by zbadać przestrzeń za szafą. Nie było to ukryte przejście, ktoś przesunął szafę by po prostu zasłonić wejście od którego ciągnęło chłodem. Sądząc po śladach na podłodze było to dosyć niedawno. Przeszedłem dalej, okropny fetor uderzył mnie jak obuchem. Przystanąłem na chwilę rozglądając się w przejściu by choć trochę przyzwyczaić nos do tego okropnego zapachu rozkładu, grzyba i wilgoci. Schody prowadziły na dół ale niezbyt głęboko zszedłem a przede mną ciągnął się korytarz noszący ślady po pożarze wzdłuż, którego po prawej stronie ze świetlików dobijało się blade światło księżyca.

11

Przeszedłem zdewastowanym przez czas i żywioł łącznikiem a moje zespolenie z mrokiem ułatwiało mi widzenie w ciemnościach korytarza. Otaczało mnie duże skupisko energii wiedziałem, że poruszam się między tłumem eterycznych istot. We wnękach korytarza znajdowały się cele mieszkalne jak te, w których mieszkali mnisi. Musiało to być miejsce przeznaczone dla najważniejszych, najbardziej wtajemniczonych wierzących. Rybi fetor cały czas mi towarzyszył ale gdy wyszedłem z tunelu przestałem na niego zwracać uwagę gdyż niespodziewane miejsce w jakim się znalazłem zaparło mi dech w piersiach. Była to ogromna przestrzeń świątynna, zjedzona przez czas ale w dalszym ciągu piękna i niespotykana. Wpadające przez okna światło przecinało kurz tworząc świetliste snopy. Zastanawiającym był fakt pochodzenia tak silnego światła zewnętrznego w samym środku nocy. Górna stalowa konstrukcja przypominała dach fabryki.

12

Nakreśliłem trzy znaki na zakurzonej podłodze i przyjąłem odrobinę towarzyszącej mi energii, której natężenie było tak silne, że zbiło mnie z nóg. Padłem na czworaka a serce poczęło bić z niezwykłą siłą, myślałem, że moje żyły nie wytrzymają ciśnienia, z trudem łapałem oddech, wycharczałem Ia mayyitan ma qadirun yatabaqa sarmadi, fa itha yaji ash-shuthath al-mautu gad yantahi1. Słowa te potrafiły otworzyć niejedno miejsce, niejeden czas. Znaki zaiskrzyły się oświetlając moją twarz ciepłym światłem. Łapczywie zaczerpnąłem powietrza. Mój sposób widzenia znacząco się zmienił kadr otoczony był winietą a jego centrum wybrzuszone w taki sposób w jaki świat postrzega ryba. Zewsząd zaczęły napływać odgłosy dziesiątek osób, podniosłem głowę. Sfera jaką odczuwałem wcześniej jedynie eterycznie teraz tętniła wszystkim co żywe. W tej chwili to ja przebywałem jako ulotna forma energii w ich wymiarze. Podnosiłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu raz jeszcze. Otaczał mnie tłum odziany w szare codzienne ciuchy, cała sala była wypełniona wiernymi, na których z sufitu sączyły się ciężkie, gęste, szkarłatne krople. Spojrzałem ku górze, na sufit, którego stalowe konstrukcje w tym świecie oplecione były powiązanymi, ponacinanymi, nagimi ciałami. Krew z ich ran sączyła się powoli jakby ziarna piasku odliczające czas w klepsydrze do końca zgromadzenia. Po niemrawych ruchach widać było, że podwiązani ludzie wciąż żyli. Znalazłem się w środku trwającego obrzędu, słuchając głosu intuicji przeciskałem się między ludźmi w stronę ołtarza. Po słowach głównego kapłana zrozumiałem, że obrzęd podczas którego się teraz znajdowałem to ceremonia pochówku a ołtarz przy, którym właśnie stałem to kamienny sarkofag. Powoli wracał do mnie smród innego wymiaru co oznaczało, że moja wizja dobiega końca. Ponownie dopadała mnie duszność przejścia. Kapłan spojrzał na mnie a jego oczy pozbawione były białek, nie powinien mnie widzieć. Wyciągną dłoń chwycił mnie za wszarz przyciągną do siebie, wizja odeszła a ja zaryłem o zakurzoną podłogę. Mimo trudności z oddychaniem szybko wstałem i powiodłem spojrzeniem po pomieszczeniu by upewnić się gdzie i kiedy się znajduję. Wróciłem skąd przyszedłem, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że w ręku ściskam dziwny, kamienny, owalny przedmiot.

(1 „Nie jest umarłym ten, który spoczywa wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.” Dwuwiersz opisany przez H.P. Lovecrafta w fikcyjnej księdze Necronomicon.)

Będąc w transie musiałem przejść parę kroków bo teraz stałem przy ołtarzu a właściwie przy zakamuflowanym sarkofagu przypominającym ołtarz. Górna część była zwykłą kamienną płytą dolna zaś zdobiona w elementy znane z moich koszmarów jakie mnie nachodziły na jawie i we śnie. Przyjrzałem się kamiennemu, owalnemu przedmiotowi, który powrócił ze mną. W prostym owalnym kawałku widniała humanoidalna postać identyczna co na rękojeści sztyletu, którym z „pomocą” Alberta rozciąłem dłoń. Ta sama trwoga, koszmar, groza, niemoc i nie potrafię opisać co jeszcze bo żadnymi słowami nie da się opisać tego uczucia jakie mnie wtedy ogarniało. Ten sam stan co przy pierwszym spojrzeniu na rękojeść sztyletu i to samo odrętwienie, niemoc, bezwład. Znowu poczułem, że ktoś ciągnie za sznurki, że każdy mój ruch jest wymuszonym szarpnięciem żyłki przywiązanej do ręki niewidzialnego władcy marionetek. Moja bezwładność doprowadzała mnie do obłędu dobrze, że w końcu odezwał się Albert. – Noah – zaczął łagodnie. – wybacz ale muszę to zrobić za Ciebie. Ta tablica, którą trzymasz to takie pokrętło do sejfu, którym jest sarkofag. Jeśli choć w małym stopniu Twój ruch będzie nieprawidłowy nie przeżyjesz tego. Zrozum proszę, nie mogę sobie pozwolić na Twoją stratę. – był chyba jedyną „osobą”, której na mnie zależało. Oddałem swoje ciało pod jego dyspozycję.

Ciężko określić czy to co zobaczyłem było wspomnieniem przeszłości czy może odbywało się w innym wymiarze. Obudziłem się na łóżku w swoim pokoju. Ubrany byłem w to co miałem na sobie podczas wieczornej ekspedycji. Brudne ciało, ciuchy i płócienny worek na środku pokoju były wszystkim co świadczyło o prawdziwości ostatniego wieczoru. Powstrzymałem swoją ciekawość. Zanim zajrzałem do worka doprowadziłem się do porządku. Było po trzynastej, gdy umyty i przebrany zszedłem na dół do kuchni by zrobić późne śniadanie. Gdy nastawiłem wodę na herbatę ku mojemu zaskoczeniu do kuchni wszedł mąż mojej matki i zaczął się rozpychać jak to miał w zwyczaju się zachowywać w mojej obecności, toteż musiałem zaczekać aż pan i władca przyrządzi sobie posiłek. Później dowiedziałem się od matki, że został zwolniony z pracy. Przeczuwałem nadchodzące piekło, już wcześniej rozgoryczony był faktem, że zarabia mniej od niej więc teraz jego frustracja musi się zwielokrotnić co z pewnością odbije się na mnie. Po śniadaniu wróciłem do pokoju usiadłem przy worku i rozmawiałem z Albertem. Opowiedział mi co znajduje się w worze i jakie powinny być nasze następne kroki. Główną przeszkodą był ojczym ponieważ jego ciągła obecność w domu nie pozwoli na spokojne odprawienie rytuału. Z pewnością jak posłyszy dziwne inkantacje lub zauważy, że w domu dzieje się coś dziwnego będzie chciał to sprawdzić. Zwłaszcza gdy zakłócenia będą dotykać jego ukochanego pudła, w które wpatruje się jak ciele. Problem jego osoby rozwiązał się już następnego dnia. Jest Piątek godzina siódma rano, matka była już dawno w drodze do pracy. Wstałem z zamiarem pójścia do szkoły jednak moje wyjście opóźniał ten gruby obleśny typ, z którym miałem wątpliwą przyjemność mieszkać. Nonszalancko woził się po kuchni nie dając możliwości przygotowania sobie posiłku. Rzucał w moją stronę wyzwiska i snuł monolog o tym jakim nic niewartym gnojem jestem. Długo znosiłem jego wyzwiska, za długo. Widziałem też za dużo negatywnych zmian jakie zaszły w mojej matce przez tego sączącego jadem prymitywa. Powiedziałem głośno i dosadnie co o nim myślę. W pierwszej chili osłupiał nie wiedząc co zrobić w związku z nową nieprzewidzianą sytuacją. To śmieszne jak tak bardzo był zadufany w sobie i nie podejrzewał, że kiedyś mogę mu się przeciwstawić. Jego odruch na tę nową informację był równie prosty do przewidzenia jak on sam. Uniósł rękę chcąc mnie uderzyć, zastygł przez chwilę z ręką w górze po czym topornie upadł na podłogę. Pozwoliłem jego sercu znów zacząć bić. Odczekałem chwilę by doszedł do siebie. Spocony z przerażeniem w oczach patrzył się na mnie nie mogąc wykrztusić słowa. Teraz ja rozpocząłem konwersację w bezdźwięczny sposób. – Obaj wiemy co myślisz o mnie pozwól więc, że teraz ja wypowiem się na twój temat. – zacząłem spokojnie, jego oczy rozwarły się bardzo szeroko, zdawać by się mogło, że gałki oczne zaraz wypadną. – Nie chcąc tracić czasu na zbędne epitety powiem tylko, że twoje miejsce powinno być w ulicznym rynsztoku, razem z najgorszymi mętami tego miasta, z którymiż to tak się świetnie rozumiesz. Nigdy nikogo tak bardzo nienawidziłem, nigdy też nie życzyłem nikomu śmierci, jednakoż mając niespotykaną moc dającą mi władzę nad ludzkimi organami takimi jak na przykład serce. – zacisnąłem mu je znowu niewidzialną dłonią by zrozumiał o czym mówię, odpuściłem i kontynuowałem. – T w o j ą agonią będę się rozkoszował. Mamy bardzo dużo czasu a ja jestem ciekaw jak wytrzymałe jest ludzkie serce, aorty, psychika. – uśmiechnąłem się patrząc mu prosto w oczy, zaczął skamleć bym przestał, pozostałem głuchy na jego prośby.

Uśmiercanie ojczyma znudziło mnie dopiero po pięciu godzinach, pozostawiłem go w agonalnym stanie nakazując sercu podtrzymywać go jedynie delikatnie przy życiu na wypadek gdybym chciał się jeszcze nad nim po pastwić. Był piękny słoneczny dzień idealny na odprawienie obrzędu połączenia dusz. Ja i Albert mieliśmy podzielić jedno ciało, którego obecnie jedynym właścicielem byłem ja. Do przygotowania rytuału wybiłem drzwi w piwnicy, które wraz z framugą przystawiłem do ściany łączącej bliźniaki. Przed drzwiami rozrysowałem symbole. Wyjąłem z płóciennego worka zawartość, z którą wróciłem z ruin rezydencji. Była w nim obsydianowa statuetka przedstawiająca Alberta i księga „Necronomicon” autora araba Abdula Alhazreba. Wszystko co należało wykonać dokładnie było opisane w księdze. Rozpocząłem wymawiać słowa wprowadzenia a prąd już zaczynał wariować. Z gniazdek iskrzyło a światło pulsacyjnie migotało. Im byłem bliżej końca tym więcej miotało mną obaw. Wypowiedziałem ostatnie słowa ale ich echo nie ustało. Wypowiedziane zdania obijały się nieskończenie w towarzystwie anomalii elektrycznych. Framuga drzwi opartych o ścianę zaczęła żarzyć się błękitnym światłem i wtapiać w ścianę. A cała ściana robiła się przeźroczysta i na Boga co ja tam wtedy zobaczyłem. Dlaczego byłem głuchy na dochodzące do mnie bodźce. Tak bardzo pozostawałem zapatrzony w siebie i swoje nieszczęście. Tak nieświadom byłem tego co czynię. Przeźroczysta ściana odkryła dziesiątki szczątków zamurowanych w łączącej bliźniaki ścianie. Były tam szkielety dorosłych, dzieci a nawet psów i kotów zapewne wszystkich wrogów Athalbrahta.

13

Obraz ten zablokował moją świadomość przez co nie wypowiedziałem zdania zamykającego. Drzwi się otworzyły widziałem wychodzącą z nich jaśniejącą duszę Alberta w towarzystwie wysypujących się szczątków. Obsydianowa statuetka przybrała moją postać byłem w tragicznej sytuacji. Wziąłem do ręki nóż rytualny, w pośpiechu wycinałem na brzuchu, ramionach, udach symbole ochronne. Nie uchroniły mnie one przed wypchnięciem duszy z ciała ale dzięki nim nie uwięziła mnie nefrytowa statuetka. Podejrzewam, że Albert niegdyś znalazł się w równie patowej sytuacji. Nie miałem wyjścia musiałem wejść w dogorywające, obrzydliwe ciało ojczyma. Było to najbardziej obleśna rzecz jaką można sobie wyobrazić, nakazałem sercu bić znowu. Otworzyłem oczy poczułem smród tego ciała. Mózg z powodu niedotlenienia został już mocno uszkodzony ale byłem a raczej jestem w stanie wykonywać podstawowe funkcje, choć pewnie zużyte i wyniszczone narządy za jakiś dłuższy czas przestaną funkcjonować. W każdym razie jestem tu i teraz śliniąc się na krześle uwięziony w odrażającym ciele pisząc swoją historię. Modlę się teraz po raz pierwszy w życiu szczerze by to ciało przestało funkcjonować zanim przyjedzie moja mama. Wolę zostać uwięziony w tym domu niż w tym paskudnym, plugawym ciele w zakładzie dla obłąkanych.

Niczego nie żałuję poza jedną rzeczą…