Część I KLIKNIJ

Następnych kilka dni przebiegło bardzo spokojnie, nie licząc sennych koszmarów o odległych planetach, gdzie wznosiły się nieznane mi dotąd kamienne budowle, świątynie i miasta, symbolizujące jakąś inną, wielką rasę. Sny te tłumaczyłem sobie wysokim stresem związanym z wydarzeniem, które najwyraźniej pozostawiło ślad w mojej psychice. Albert więcej nie kontaktował się ze mną w podobny sposób, a jego ogólne znaki obecności były sporadyczne. Zazwyczaj podawał mi tytuły książek lub autorów, kreśląc litery niewidzialną ręką na zaparowanej szybie, rozsypanej soli czy na piasku. Przyznam, że miał też poczucie humoru. Nie dalej jak miesiąc po naszym „poznaniu”, ułożył napisy z rozlanej przez ojczyma kawy. Ubawiła mnie jego wykrzywiona w przerażeniu twarz i późniejsza krótka histeria. Prosty, słaby umysł. Oczywiście całe to wydarzenie jeszcze bardziej wzmogło jego nienawiść do mnie. Kolejne miesiące spędziłem na chłonięciu każdej książki, jaką znalazłem w swoim pokoju w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach. Do szkoły chodziłem sporadycznie, jednak na tyle często, by nauczyciele nie poinformowali matki o moich absencjach. Zagłębiałem się w każdy tytuł i każdego autora, jakiego podrzucił mi Albert, o ile dotarcie doń było możliwe. Mój umysł i ciało nabierało mocy, czułem jak wkraczam w ten nienamacalny świat, odczuwałem jego obecność. W okolicach czwartego miesiąca po wprowadzeniu się do domu byłem gotów wykonać rytuał przejścia, otwierający nowe tajemnice. Rozumiałem, że gdy tego dokonam, będę mógł rozmawiać z Albertem za pomocą słów, choć bezgłośnie. Potrzebowałem ludzkiej ofiary. Niedaleko domu okoliczne pijaczki zbierały się pod wielkim dębem, o poranku nie siedziało ich tam więcej jak trzech. Wykorzystując ich słabość do alkoholu powiedziałem, by jeden ze mną poszedł, bo ojciec wraca z odwyku, a w piwnicy mam 20-litrowy baniak spirytusu. Taka wiadomość przyćmiła ich zdroworozsądkowe myślenie i po krótkiej, acz burzliwej kłótni między sobą, wyznaczyli jednego delegata. W garażu zaatakowałem ofiarę, byłem jeszcze za słaby, by zatrzymać jego serce, ale udało mi się zwolnić puls na tyle, by doprowadzić do omdlenia. Zresztą i tak nie mogłem go zabić. Ofiara musi być świadoma i przytomna podczas rytuału. Związałem i przeciągnąłem go do piwnicy, gdzie wszystko wcześniej przygotowałem. Tam dokonałem krwawego, rytualnego mordu, w imię dobra, które reprezentowałem. Jakiś czas po rytuale byłem jak otępiały, niczym zaprogramowany poćwiartowałem ciało i wrzuciłem do taczki. Podłoga w piwnicy była klepiskiem, więc szczątki znajdujące się w taczce przysypałem przesączoną krwią ziemią. Sprzątnąłem biorące udział w rytuale przedmioty i pieczołowicie zamaskowałem całe miejsce: wyrównałem ziemię, pogasiłem wszystkie możliwe źródła światła i usiadłem na środku z potwornym bólem głowy. Nastawiony timer odezwał się i rozpoczął kolejny punkt w dzisiejszym planie dnia. Była godzina szesnasta, około osiemnastej wracali pozostali domownicy, więc miałem dwie godziny na pozbycie się ciała, powrót i zatuszowanie reszty śladów. W dalszym ciągu, owładnięty dziwnym amokiem, jak w półśnie wyszedłem z garażu. Suka ojczyma strasznie ujadała i odnosiła się do mnie agresywnie, toteż od niechcenia czy przez przypadek zdławiłem jej wszelkie oznaki życia, zatrzymując serce. Otoczony zimowym półmrokiem i bladym światłem latarni, poszedłem okrężną drogą do oddalonego o niespełna ćwierć mili lasu, by nie natknąć się na pijaczków spod dębu. Zastanowiło mnie, że od godziny dziewiątej, gdy zniknął ich kolega w moim towarzystwie, nikt nie dobijał się sprawdzić, czy wszystko w porządku. Plugawe istoty – pomyślałem – pewnie sądzą, że się wziął i zawinął z towarem. A może rzeczywiście nie wiedzą, gdzie mieszkam? Nieistotne, musiałem teraz jak najszybciej dotrzeć do przygotowanego wcześniej dołu i zakopać ciało. Wróciłem po niespełna godzinie. Zatuszowałem ślady. Ciało psa zostawiłem, gdzie leżało. Rozebrałem się w kotłowni, a ubrania wrzuciłem do rozżarzonego pieca grzewczego. Wreszcie poszedłem wziąć długi, gorący prysznic. Powoli zacząłem dochodzić do siebie. Wszystko działo się jak w zegarku, mogłem liczyć na to miasto. Około wpół do szóstej, jak zwykle zaczynali zjeżdżać się sąsiedzi. Kilka minut po szóstej, z impetem i wrzaskiem, do domu wszedł rozwścieczony ojczym, a za nim uspokajająca go matka. Skupił na mnie całą swą agresję, uderzył mnie parę razy. Nie czułem bólu fizycznego, ale w mój umysł wdarła się nieopisana siła, niczym rozgrzany do czerwoności szpikulec, wtapiający się w lodową strukturę. Straciłem przytomność.

Obudziłem się w łóżku zlany potem, fizyczne obrażenia dawały o sobie znak bardziej dosadnie. Nade mną pochylony był lekarz. Dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawię, że przesadnie białe i praktycznie umeblowane pomieszczenie to pokój szpitalny. Zapłakana matka siedziała obok, ojczyma nie było. Zadawano mi serię pytań, na które nie byłem w stanie odpowiedzieć. Dotarło do mnie jedynie to, że nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, jakie zaszły w piwnicy ani o zniknięciu moczymordy spod dębu.

Po trzech dniach obserwacji, z ręką w gipsie wróciłem do domu. Po kolejnych trzech dniach, z niewiadomych przyczyn, zapadłem na nieznaną nikomu chorobę. Pociłem się mimo braku gorączki, a moje mięśnie nie były w stanie poradzić sobie nawet z drogą do toalety. Mimo młodego wieku, czułem się jak starzec. Lekarze nie byli w stanie nic zrobić, ponieważ żadne badania nie wykazywały nieprawidłowości w wynikach.

W takim stanie pozostałem przez nieco ponad dwa lata. Matka zajęła się moją edukacją, miałem prywatne nauczanie. Dobrze, że tak się stało, ponieważ ojczym, gdy miał okazję, dodawał do posiłków środki przeczyszczające, bym się odwodnił. Jeść i pić mogłem jedynie podczas zajęć. Nauczycielka o dźwięcznym, ciepłym imieniu Lorin, wydawała się mnie lubić, a przyrządzanie prostych posiłków nie było dla niej problemem. Sądzę, że ja i Lorin zaprzyjaźniliśmy się. Wiem, że w dużej mierze była to zasługa mojej manipulacji, jednak nigdy nie odczułem sprzeciwu z jej strony. Niemocy fizycznej towarzyszyły okrutne koszmary, powracające niczym zły omen. Widziałem rzeczy, jakie nie były znane zwykłym śmiertelnikom. Mroczne projekcje nie pozwalały mi się wyrwać ze swych macek, a moje próby wybudzenia kończyły się paraliżem sennym. Śniłem o podróżach przestrzennych, odwiedzałem odległe miejsca. Miałem wrażenie, że widziałem przeszłość i przyszłość istot, które opowiadają za nasze stworzenie. Śniłem o podwodnych miastach, prastarych świątyniach z ciemnego granitu ociekającego zielonym szlamem, a innym razem uczestniczyłem jako niewidzialny obserwator w przyprawiających o szaleństwo rytuałach, których nie sposób opisać żadnymi słowami. Przez cały ten czas w głowie dudniły mi słowa: Iä! Iä! Cthulhu fhtagn! Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.

Na początku kwietnia, miesiąc przed egzaminem dojrzałości, wszystkie fizyczne dolegliwości zniknęły jak ręką odjął. Jednak życie po drugiej stronie, w poniekąd innym ciele, wyszarpało jakby część mózgu, pozostawiając sączącą się, niezabliźnioną ranę w mojej psychice. Jedno jest pewne, rytuał się powiódł. Jeszcze tego samego dnia, gdy wszystkie objawy zniknęły, usłyszałem głos Alberta. Głos, który z pewnością nie pochodził z  t e g o świata, był pozbawiony emocji, z dziwnym, wibrującym półdźwiękiem, jakby mówił przez metalową membranę. Wpatrując się przez okno na budzący się do życia po zimowej stagnacji krajobraz, godzinami debatowałem z Albertem. Rozmawialiśmy przede wszystkim o tym, co będzie. Inny czas nas nie interesował. Podświadomie też czułem lęk przed rozmową na temat tego, co widziałem w snach. Dla własnego dobra nawet nie chciałem o tym wspominać. Polecił mi znaleźć „to”, nie wyjaśniając szczegółów. Podświadomie wiedziałem, że „to” jest istotne dla nas obojga. Wieczorem, około trzech dni po przebudzeniu, wyposażony w torbę na ramię, do której wsunąłem latarkę, saperkę i litrową flaszkę z bimbrem, wymknąłem się z domu, wyruszając na poszukiwania. Nie miałem pojęcia czego szukać, ale przeczuwałem, że moje nowo otwarte zmysły mi w tym pomogą. Szedłem pewnie przez to smutne miasto, nie zważając na nic. Natura dokonywała zmian, budząc się do życia, a miasto tkwiło w swoich tradycjach, wyciszając się wraz z coraz bardziej otulającym je mrokiem nocy. Po godzinie drogi dotarłem do bardziej zapuszczonych zakątków, znajdujących się na obrzeżach miasta. Ludzie o zdrowych zmysłach omijali te slumsy szerokim łukiem. Wiedziałem, że moje zmysły są nad wyraz zdrowe i żadna przeszkoda mnie nie zatrzyma. Idąc jak po sznurku wstęgami energii, które tylko ja mogłem poczuć, wszedłem na teren ludzkiej, patologicznej degeneracji. To paskudne szambo wylewało się z każdej strony. Asfaltowa ulica urwała się jakiś czas temu, symbolizując niewidoczny portal, który przeniósł mnie w inne miejsce. Teraz szedłem wybrakowaną ulicą z kocich łbów, brodząc niekiedy między rozmiękniętą ziemią i śmieciami. Zapijaczeni i zaćpani mieszkańcy w równym stanie rozkładu co podziurawione, zrujnowane, cuchnące zgniłe domostwa, leżeli bezwładnie pod murami. Swoim wyglądem, posturą i trzeźwym krokiem przykułem w końcu uwagę trzech szumowin, siedzących na starych materacach pod obdrapaną ścianą z wysprejowanymi symbolami męskości. Podnieśli się z widocznym trudem, a po ich krokach przypominających zombie domyśliłem się, że trzeźwość dopada ich jedynie na krótko podczas snu. Trzy chude, pomarszczone istoty, cuchnące gorzałą i trupem, w obskurnych, bezbarwnych łachach, podpełzły do mnie, uniemożliwiając dalszą drogę. Poznałem jednego z nich, jego zakonserwowana przez alkohol twarz nie zmieniła się przez ponad dwa lata. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć, jednak zanim zdołał wydać jakikolwiek dźwięk, zapytałem bezgłośnie, patrząc mu prosto w oczy, gdzie podziali się jego koledzy od kielicha? Oczy rozwarły mu się w przerażeniu, a z otwartej paszczy z paroma przegniłymi zębami dobiegł ino niezrozumiały jęk, po którym, drżącym z przerażenia głosem odpowiedział mi na pytanie. Jeden zaginął, to wiedziałem, a drugi zamarzł zeszłej zimy, czego mogłem się domyślać. Zachowanie tego ludzkiego śmiecia przeraziło dwóch pozostałych. Naturalnym i zwierzęcym odruchem tak prymitywnych form życia musiał być atak, toteż widząc, że jeden dobywa kozika z kieszeni, zaśmiałem się najgłośniej jak potrafiłem w słyszalnej tylko dla niego i dla mnie sferze. Nóż wypadł mu z ręki, a szklane oczy wypełniły łzy przerażenia. Bełkocząc, zaczął uciekać, a w ślad za nim ruszył ten pierwszy. Pozostałem sam z ostatnim, skołowanym, humanoidalnym pasożytem, który nie pojmował zachowania kolegów. Stał jak wryty, nie wiedząc co zrobić. Podniosłem z ziemi nóż i schowałem go do kieszeni. Wyciągnąłem z torby flaszkę i porozumiewawczo potrząsnąłem przed sobą, zaślinił się, mlasnął, a jego obawy wyparł narkotyczny głód. Odczuwałem wszystkie rządzące nim emocje. Rozejrzał się upewniając, że przynęta nie przykuwa niczyjej uwagi i kiwnął głową, dając znak, bym poszedł za nim. Przeszliśmy przez ciemną bramę i zagracone kolorowymi, dziecięcymi zabawkami podwórze, których widok przywiódł mi na myśl obraz z obozów koncentracyjnych, gdzie w dużym, przeźroczystym, kwadratowym pojemniku, wrzucone były przedmioty ofiar, aby wzmóc w zwiedzających wewnętrzne odczucie tragedii, jakiej doznał świat.

DSC05861

Po ciemnej klatce schodowej weszliśmy do jednego z mieszkań. Niedoświetlone pomieszczenia, równie zaniedbane jak wszystko dookoła, pełne były rupieci, wózków sklepowych, ciuchów. Porozrzucane po podłodze deski, gazety i rozmaite przedmioty RTV, zagrażały potknięciem z każdym nieostrożnym krokiem. Gospodarz zaprowadził mnie do dużego pokoju z piecem kaflowym. Pośród wszystkich rupieci, na środku stał duży, okrągły stół, wokół którego znajdowało się kilka porozrzucanych krzeseł, każde było z innej parafii. Podniosłem jedno z nich, otrzepałem i usiadłem, a podekscytowany właściciel parszywego lokum pośpiesznie rozpalił ogień w piecu ze znalezionych na ziemi gazet i desek, by ogrzać i oświetlić pomieszczenie. Usiadł naprzeciw mnie. Pociągnąłem konkretny łyk bimbru i podałem mu butelkę, którą dopadł zachłannie. Dawkując mu zawartość butelki, by nie upił się zanim nie wypytam o wszystko, co mnie interesowało, zacząłem rozmowę od wydarzeń z 1898. Liczyłem, że alkohol nie przeżarł wszystkich szarych komórek w jego mózgu i będzie w stanie przypomnieć sobie jakieś pogłoski, legendy czy plotki. Okazał się być bardziej dokładny i szczegółowy w swoich wypowiedziach, niż oczekiwałem. – Podobno mieszkańcy czcili jakieś kosmiczne, mroczne bóstwa, do których zachęcił ich nieoczekiwanie przybyły nieznajomy o imieniu Athalbraht. Wiara ta była idealną przykrywką dla celów ówczesnej, samozwańczej władzy. Zwykłe mordy mogli usprawiedliwić rytuałami w imię dobra ogółu. Początkowo ofiarami były jedynie osoby z opozycji. Bądź co bądź praktyki religijne okazały się skuteczne. Być może był to zbieg okoliczności, ale ciężko uwierzyć w dzieło przypadku gdy miasto, które wszyscy woleli omijać, raptem zaczęło prosperować. Znikąd pojawiły się środki na inwestycje, ziemia zaczęła być żyzną, lato było ciepłe, a kataklizmy jak wcześniejsze susze i powodzie, omijały Oxavoid, jakby znajdowało się pod kloszem bezpieczeństwa. Dodatkowo miasto Ambertrail, przez które przebiegał szlak handlowy, dosłownie zapadło się pod ziemię. Jak podano do wiadomości publicznej, przyczyną była niezabezpieczona podziemna sieć tuneli magazynowych. Tak czy inaczej, trasa szlaku handlowego została zmieniona i od tamtej pory, aż do pożaru w 1951 roku, przebiegała przez Oxavoid. W świetle tych pozytywnych zdarzeń, wiara zaczęła jednać sobie ludzi i zacierać konflikty. Dawne kościoły katolickie zostały zaadaptowane pod nowe obiekty kultu. Najwyższym z kapłanów został oczywiście Athalbraht i to jemu powierzono władzę całkowitą nad miastem. Rodziny, znajomi i przyjaciele poprzedniej władzy zniknęli w tajemniczych okolicznościach. Nastał złoty okres dla miasta. Z czasem, im bardziej bogaciło się miasto, ludzie stawali się coraz bardziej fanatyczni. Zamykali się we własnym środowisku i przestali interesować światem zewnętrznym. Miasto zdawało się być ich centrum wszechświata. W mieszkańcach zaczęły zachodzić dziwne zmiany zewnętrzne, skóra zaczęła szarzeć, łuszczyć się, twardnieć, kości czaszki zwężać. Rodzina Athalbrahta zaszyła się w rezydencji, której pozostałości znajdują się nie dalej niż pół mili stąd. – przerwał patrząc znacząco na butelkę. Podałem mu, a gdy wziął kolejny obfity haust… – Nie masz może fajka? – zapytał z nadzieją, odpowiedziałem przecząco głową. Wstał, dorzucił do pieca, poszperał po kątach, przyniósł garść kiepów, położył na stół i wyciskając z nich resztki tytoniu, kontynuował swoją opowieść. – Zapewne będziesz chciał później zwiedzić ruiny, myślisz pewnie, że jesteś odporny na nieopisaną w słowach grozę? – było to pytanie retoryczne. – Powiem ci chłopcze, TY też się z tego nie wywiniesz! Myślisz, że od zawsze jestem tym, kogo teraz widzisz? Ale słuchaj dalej. Nienaturalnie długie życie Athalbrahta zaczęło wzbudzać podejrzenia władz. Od długiego czasu przestał pojawiać się publicznie, choć mieszkańcy zapewniali, że cały czas odprawia modły w świątyniach hermetycznie zamkniętymi przed obcymi. – przerwał by skręcić papierosa i znów porządnie chlupnąć bimbru. – Padło podejrzenie, że rządzący twardą ręką kapłan, już nie gości pośród żywych, a władzę sprytnie przejął ktoś inny. Pięcioosobowy oddział policji, któremu przewodził oficer Mayers, mający sprawdzić, co się dzieje w Oxavoid, rozbił się o niechętny do współpracy tłum. Wierni nie pozwolili wejść do rezydencji rządzącego. Doszło do ostrej konfrontacji, padły strzały i w ruch poszły widły. Nikt z wysłanych policjantów nie powrócił. Chwilę później, najstarszy syn Athalbrahta pośpiesznie wyjechał do miasta Innsmouth. Gdy minęły złudzenia i zrozumiano, że nie ma co liczyć na raport od oficera Mayersa, do Oxavoid wysłano doświadczonego detektywa Eldersa Moonarc w obstawie dziesięciu doskonale uzbrojonych i wyszkolonych ludzi. Dwa lata minęły na dochodzeniu, a gdy już prawda miała wyjść na jaw, wybuchł ogromny pożar, który pochłonął dosłownie wszystko. Detektyw Elders Moonarc, któremu cudem udało się powrócić, zdał raport, lecz brak dowodów na opisane przezeń okrutnych, krwawych rytuałów i wznoszenia modłów do istot z innych sfer czasu i przestrzeni, spotkał się ze sceptycznym odbiorem. Zdeterminowany opowiadał swoją historie, z której drwiły nawet media, przestrzegał przed ciemnym kultem i odradzał podejmowania jakichkolwiek inwestycji na tym opanowanym przez czarta terenie. Jako osoba niewygodna dla wielu inwestorów, skończył w roli pensjonariusza przytułku dla obłąkanych psychicznie. Miasto podniosło się ze zgliszczy. – język zaczynał mu się plątać, upojenie i zmęczenie dawało znać o sobie. Byłem pod dużym wrażeniem jego elokwentnego sposobu wypowiedzi, doznałem odczucia jakby był tylko czyimś przekaźnikiem fonicznym, wypożyczającym swoje struny głosowe innej, nieznanej formie, nie uczestnicząc przy tym osobiście. Kończąc rozmowę poprosiłem, by pokierował mnie do ruin rezydencji Athalbrahta. Z owym osobnikiem musiałem rozmawiać dłużej, niż mi się mogło zdawać. Gdy wyszedłem, był już późny, chłodny wieczór. Ruszyłem we wskazane miejsce, przyświecając sobie drogę latarką, gdyż ta część Oxavoid nie była już oświetlana przez miejskie latarnie. Po około czterdziestu minutach dotarłem na miejsce. Na frontowej, ceglastej ścianie, przy drzwiach widniała jaskrawożółta tabliczka z czarnym napisem „Budynek grozi zawaleniem”.

Część III KLIKNIJ