Moda niemowlęca to temat rzeka. Zaczyna się już w ciąży, kiedy w Twoje ręce trafia magiczna lista o wdzięcznej nazwie „wyprawka”. Nazwa jest nieprzypadkowa – żeby sprostać wszystkim wymogom listy „wyprawiasz” się na zakupy dekady. Poprzedniej dekady oczywiście, bo po urodzeniu dziecka na spokojny szoping nie masz co liczyć. Jeszcze zanim przebrniesz przez rozważania w stylu: po co małemu człowiekowi taka ilość ubrań i czym do cholery jest rampers, na świecie pojawia się ONO.

10

I wtedy, umówmy się, moda schodzi na dalszy plan. Sukces to każda równo założona pielucha, a dres, na który dziecięciu ulało się tylko dwa razy uchodzi za szczyt ekstrawagancji i czystości. Powoli jednak wracasz do żywych i wychodzisz na pierwsze spacery. Dzieć jest głęboko ukryty w gondoli, ale Ty już nerwowo rozglądasz się dookoła, bo zaczynasz kumać, że moda dziecięca to nie przelewki…

11
I nagle okazuje się, że to JUŻ! Pierworodne staje na nogi, a Ty wreszcie znów bywasz. Na placach zabaw oczywiście! Do piaskownicy ubierasz potomka praktycznie, wygodnie i w neutralne kolory, ale po którymś z kolei – oddaj chłopcu łopatkę – coś w Tobie pęka (tak, tak, mam córkę). Więc kupujesz różową czapkę i liczysz na cud, który nie nadchodzi, póki do czapki nie dołączy kokarda, a miejsce wygodnego dresu nie zajmą spódniczka i leginsy w zwierzęce wzory. I nie opuszcza mnie pytanie, czy to Halinka jest wyjątkowo młodą ofiarą mody czy może ja poddałam się tej dziwnej presji, że dziewczynka (szczególnie jeśli ma niewiele włosów) musi byś od stóp do głów różowa?

P.S. Wszystkich stroskanych losem mojego różowego dziecka informuję, że presji poddałam się tylko na moment na skutek niestabilnej sytuacji hormonalnej. Ale o hormonach innym razem ;)

 

Fot: Pinterest