Pamiętasz jak pierwszy raz napiłeś się coca-coli? Pomyślałeś, że to smak Twojego życia? A może obrzydził Cię stosunek cukru zawarty w napoju i przerzuciłeś się na kwas chlebowy. Albo w ogóle nie lubisz coca-coli, ale na kaca taka schłodzona puszeczka ratuje Ci życie ;). Lubisz kulinarne odkrycia, czy jednak jesteś osobą, która sięga po klasyki polskiej kuchni? Lubisz zwiedzać i próbować jedzenie w nowych knajpach, czy jesteś wierny solidnym, sprawdzonym restauracjom? Czy uważasz, że istnieje coś jeszcze, coś ponad, coś co potrafi Cię jeszcze kulinarnie zaskoczyć?

Doskonale pamiętam smak pierogów ruskich mojej babci, pieczonego schabu w sosie miodowo-musztardowym mojej mamy i kaczki z jabłkami (która potem okazała się kotletem sojowym, a nie prawdziwą kaczką), którą przyrządziła Guzik. Pamiętam jak nie mogłam się powstrzymać przed kolejnym kawałkiem brownie, które upiekła Natasha miesiąc temu. Owoce morza w Rumunii, smak świeżego soku z mango i arbuz w Kolumbii, kanapki z norweskim, brązowym serem z jabłkiem. I może nie są to dania, które zasługują na gwiazdkę Michelina, ale swoją prostotą zachwycają moje podniebienie.

I właśnie dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o takim jednym małym kulinarnym cudzie.

Wyobraź sobie siebie w korpobiurze. Szaro, smutno, słychać dźwięk tykającego zegara, uderzeń w klawiaturę i dzwonek telefonów. Wyobraź sobie stertę papierów na swoim biurku. Spraw do zrobienia. Ludzi czekających na to, aż wykonasz swoją pracę. Zimną, ostygniętą kawę ze zważonym mlekiem obok monitora. W Twojej głowie kotłuje się milion myśli: pieniądze, dom, rodzina, zakupy, dziecko, pieniądze, zatankować samochód, posprzątać, zadzwonić do rodziców, pieniądze. Wyobraź sobie obcierające buty i deszcz za oknem. I nagle wpadasz na jeden genialny pomysł, który rozjaśnia Twój umysł, rozwiązuje Twoje wszystkie problemy i wszystko staje się jasne!

bright_idea

To jest właśnie ten smak.

Albo inaczej! Wyobraź sobie, że jesteś na imprezie. I niby wszystko jest fajnie, niby jest wszystko OK, ale czegoś brakuje. Kogoś brakuje. I pijesz sobie kolorowe trunki albo czyste, jak wolisz. I palisz swoje ulubione papierosy albo i nie. I masz na sobie świetną sukienkę albo wygodne spodnie i lanserską koszulę, w której czujesz się jak model na wybiegu. Po prostu wiesz, że wyglądasz świetnie. I są wszyscy Twoi przyjaciele, leci Twoja ulubiona muzyka, w rytm której nóżka sama chodzi. I aż Cię ciągnie do tańca, aż Cię rwie do dobrej zabawy, jednak kogoś brakuje. Odwracasz się i dopijając trunek odstawiasz szkło na barze, bierzesz głęboki oddech i jesteś gotowy na to, by klubowy wir Cię wciągnął. Udajesz się w kierunku parkietu… I tak. Widzisz ją/jego… Kojarzysz tą scenę z filmów… Slow motion, jaśniejsze światło, intrygująca muzyka. Już wiesz, że wieczór jest kompletny.

images

To jest właśnie taki smak.

Jeszcze jeden przykład. Idziesz. Idziesz, no już kurewsko długo. I masz już totalnie dosyć tego głupiego pomysłu. Plujesz sobie w brodę, że dałeś się na to namówić. A mogłeś leżeć w łóżku, w domu, w ciepłej pościeli, pić gorącą herbatę z miodem, grzane wino, whiskey z colą. Mogłeś leżeć przy swojej kobiecie albo przy swoim mężczyźnie, oglądać powtórki Preason Break w telewizji albo jakiś z tych piorących mózg programów dokumentalnych. Ale nie, coś Cię przywiało na tą drogę, na tą trasę i miało być krótko, miało być niedaleko, miało być już tuż tuż, a okazała się to jebana droga na pół dnia, na cały dzień, na tydzień, miesiąc. Bo tuż za rogiem miało być coś, co zachwyci Cię, odmieni Twój światopogląd, zmieni postrzeganie świata – a tu nic. Droga, kurz, brud, deszcz, upał. No wszystko źle. I dajesz sobie kolejne pół godziny, może następne pięć kilometrów, no ale kurwa, no nic! I kiedy pogrążasz się w myśli, że jesteś w czarnej dupie i że wcale nie chcesz tu być i że to nie tak miało być, dochodzisz do celu. Okazuje się, że cel przerósł Twoje najśmielsze oczekiwania i warto było.

IMG_3660

Tak… to jest ten smak.

Tak… i to wszystko porównałam ze smakiem PLACKA POMARAŃCZOWEGO.

Mieszkając w Grecji poznajesz różne smaki, jedne lepsze, drugie gorsze. Pracując z tubylcami dowiadujesz się co jadają, jak gotują, do czego przykładają wagę. Mieszkając na małej greckiej wyspie i pracując z ludźmi, którzy mieszkają obok Ciebie, codziennie dostajesz nową dawkę regionalnych przysmaków. Ale placek pomarańczowy to jest to coś, co dopełnia mój pobyt na wyspie Chios.

Jest to ciasto, które pochodzi z tego regionu Grecji. W swoim wyglądzie i konsystencji przypomina trochę baklawę, jednak jest delikatniejsze. Mniej „sprasowane”. W smaku słodkie, z nutą, dosłownie nutą pomarańczy. Bez żadnych proszków, aromatów i cudów na patyku. Proste w swojej prostocie, skomponowane idealnie. Nie wiem w czym tkwi sekret. Może w tym, że są to moje smaki? Może w cieście? Może w tym, że jest nasączone syropem pomarańczowym? Nie wiem. Wiem, że kawałek placka pomarańczowego w pochmurny, zimny dzień, jest odpowiedzią na wszystko.

IMG_3884

W ujawnianiu przepisów najgorsze jest to, że znając składniki jesteś trochę rozczarowany. Jak z jajek, pomarańczy i cukru może znajdować się recepta na wszystkie problemy? Też się zdziwiłam. Ale spróbuj. Nie pożałujesz.

Regionalny przepis na grecki placek pomarańczowy z wyspy Chios (πορτοκάλοπίτα czyt. portokalopita) trzymany w tajemnicy przez pokolenia greckich gospodyń domowych:

IMG_4106

Ciasto:

  • 5 jajek
  • 100 gr cukru
  • 3 pomarańcze, duże, soczyste
  • 500 g ciasta filo, cienkiego, rozmrożonego
  • 200 g gęstego jogurtu greckiego
  • 180 ml oliwy z oliwek

Blachę smarujemy tłuszczem. Bierzemy ciasto filo (z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej; przypomina trochę ciasto francuskie, takie mocno rozwałkowane w swojej fakturze, trochę jak papier, pergamin; myślę że w Almie jest szansa je dostać) i rwiemy na kawałki prosto do blaszki w taki sposób, w jaki darłeś swoje zeszyty kończąc kolejną klasę w podstawówce. Będzie tego dużo, będzie się wysypywać z blaszki. Nie szkodzi – im puszystsze, tym lepiej. Z pomarańczy należy zetrzeć skórkę i wycisnąć sok. Do miski wsypać cukier, wymieszać z oliwą z oliwek. Następnie dodać jogurt, jajka, skórkę i sok z pomarańczy. Wszystko mieszamy, miksujemy, blenderujemy, jak kto woli, do uzyskania lekko pienistej masy. Następnie zalewamy nią porwane ciasto filo w blasze. RÓW-NO-MIER-NIE. Jak ktoś dąży to perfekcyjnego wyglądu estetycznego każdej potrawy, polecam wierzch udekorować plastrami pomarańczy :) Piekarnik… A, to o tym mogłam napisać na początku. Zanim zaczniecie to rozgrzejcie piekarnik do 180 stopni. Ciasto wsadzamy do rozgrzanego piekarnika i teraz zaczyna się magia. Bo jedni mówią, że ciasto potrzebuje 45 minut, kolejni, że na oko, jak już będzie złociste, a niektórzy na węch. Ja zalecam nastawić się na nieotwieranie piekarnika przez pół godziny. Następnie zerknięcie, czy nie jest przypalone z góry i odczekanie kolejnych 5 minut. Potem otworzyć piekarnik i wsadzić (i tutaj są różne szkoły) wykałaczkę, nóż, palec i sprawdzić, czy będzie czyste, jednak w moim przypadku to się nigdy nie sprawdza, bo dla mnie zawsze jak coś zostanie wsadzone w środek ciasta oczywistym jest, że po wyciągnięciu nie będzie czyste… Poza tym placek musi być złoty z wierzchu, nie brązowy i nie czarny. Złoty. I pachnieć bosko!

Syrop:

  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 400 g cukru (można wymieszać z brązowym, jak ktoś uważa, że tak jest bardziej bio)
  • 350 ml wody
  • 1 duża soczysta pomarańcza

Wyciskamy sok z pomarańczy. Do garnuszka wlewamy wodę (najlepiej mineralną, tutaj używamy wody ze strumienia), cukier, sok z pomarańczy, cynamon. Jeżeli chcecie nadać więcej aromatu, myślę że dodanie goździków pomoże. Zanurzamy pozostałą skórkę z pomarańczy i gotujemy na mocnym ogniu około 10 minut bez pokrywki. Po tym czasie przecedzamy i odstawiamy do wystygnięcia.

Od razu po stwierdzeniu, że placek jest gotowy, wyciągamy go z piekarnika i polewamy syropem. Następnie należy je odstawić na co najmniej godzinę, by syrop wsiąkł w ciasto; jednak wiadomo, że nikt nigdy nie wytrzymał. My zalaliśmy syropem i zjedliśmy od razu. Z ciasta na następny dzień może wyciekać syrop, dlatego nie należy serwować tego placka na domówkach, w klasie na urodziny lub w pracy, bo wiadomo że wszyscy się upaprają i będzie ten nieprzyjemny moment, że w sumie ciasto to i dobre, ale upaćkałam swoją nową bluzkę z Zary.

Nie jedzcie zbyt dużo, bo będą was bolały brzuchy :)

Do zobaczenia!

halina